Skamieliny i pióra, czyli naukomiks w akcji

Wiecie, co to jest naukomisk? Ja też nie wiedziałam. Naukomiks, czyli komiks poświęcony nauce, zgarnęliśmy z bibliotecznej półki, a Piotrka zafascynował tak bardzo, że niechętnie go oddawał. Wypożyczył go zresztą ponownie przy pierwszej nadarzającej się okazji. Ogląda i podczytuje tę książkę z narastającą fascynacją, którą zresztą doskonale rozumiem. To świetna pozycja — nie tylko o dinozaurach, ale chyba przede wszystkim o rozwoju nauki. Nie będziecie mogli się od „Dinozaurów. Skamielin i piór’ oderwać (Nasza Księgarnia).

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra

Mało które dziecko nie ulega fascynacji dinozaurom. Wielkie i groźne stworzenia intrygują także dorosłych. MK Reed i Joe Flood w swojej książce pokazali narodziny i rozwój paleontologii. Skupili się nie tylko na informacjach o tym, jak wyglądały i żyły prehistoryczne gady, ale także na tym, jak my — ludzie dochodziliśmy do tych informacji. I dla mnie ta warstwa była chyba nawet ciekawsza.

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra

Gotowi na wyprawę w głęboką przeszłość? Zacznę tak, jak autorzy komiksu: przez 165 milionów lat dinozaury kroczyły po ziemi, a potem niespodziewanie zniknęły. Ludzie odkrywali ich kości od najdawniejszych czasów. Te znaleziska wpływały na wyobraźnię i prawdopodobnie przyczyniły się do powstania wielu legend i baśni. Gryfy, mitologiczne stwory, chińskie smoki — prawdopodobnie stworzyliśmy je na wzór wielkich kości, które odkrywaliśmy wokół siebie. Fascynacja zaczęła narastać na początku rewolucji przemysłowej, gdy zaczęliśmy głębiej kopać i odkrywać tajemnice schowane w ziemi. MK Reedowi i Joemu Floodowi udało się niesamowicie spójnie połączyć historię dinozaurów z opowieścią o nas samych i o tym, jak zmieniała się nasza świadomość. Może wróćmy do książki:

W roku 1800…

Ziemia miała 6006 lat.

Dinozaury są znane jako potwory.

Żyły kilka tysięcy lat temu.

Zginęły w czasie biblijnego potopu.

Żadne dinozaury nie żyją w tym czasie na Ziemi.

Jesteśmy tego wszystkiego pewni.

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra

Taką wiedzę mieliśmy raptem 200 lat temu. Z narastającym zainteresowaniem czytałam o kolejnych odkryciach, o sporach między naukowcami, o teoriach i kontrteoriach. Naukowcy walczyli ze sobą słowem, paszkwilem, plotką i pomówieniem. Niektórzy z nich zdobywali ogromną sławę i popularność. Inny umierali w biedzie i zapomnieniu, ale wielkie kości skryte w ziemi nie przestawały fascynować. Marsh i Cope prowadzili regularną wojnę — rzucali w siebie kamieniami, podkupywali swoje znaleziska, podrzucali sobie fałszywki, a nawet niszczyli stanowiska dynamitem, żeby drugi badacz nie był w stanie niczego znaleźć. Dinozaury rozpalały świat nauki do czerwoności.

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra

Autorzy komiksu zadbali także o to, by pokazać rolę kobiet. Piszą o badaczkach, poszukiwaczkach — kobietach, które często w ogromnym stopniu wspierały naukowców, dostarczały znaleziska i materiały. Poszukiwały świadectw przeszłości z ogromnym poświęceniem, ale ich nazwiska usuwano z oficjalnych publikacji lub traktowano je protekcjonalnie. Nie mogę tutaj nie wspomnieć o „Drzewie kłamstw„, które pokazuje pozycję kobiety w nauce z trochę innej strony. W naukomiksie kobiety odzyskują należne im miejsce, a były zaangażowane w badania nad dinozaurami właściwie od samego początku.

Wstawki takie, jak cytowana powyżej (Jest rok…) przewijają się przez cały komiks. Stanowią kamienie milowe, zaznaczają upływ czasu, pozwalają na chwilę zatrzymać się i pomyśleć, czego się dowiedzieliśmy. Pod koniec książki znajdujemy podsumowanie naszej wiedzy z 2000 roku. Minęło 200 lat.

W roku 2000…

Ziemia ma 4,5 miliarda lat.

Dinozaury są znane jako wymarli gadzi przodkowie ptaków.

Żyły 250-65 milionów lat temu.

W dzisiejszych czasach żyją potomkowie dinozaurów. 

Jesteśmy prawie pewni tego wszystkiego.

Czy wiemy już wszystko? Na pewno nie? Ciągle jest wiele do odkrycia. Dinozaury wciąż fascynują. Kluczowe zdaje się jedno słowo „prawie”. Nauczyliśmy się trochę pokory. Już wiemy, że kolejne znaleziska mogą niektóre nasze teorie przewrócić do góry nogami. Największa wartość „Dinozaurów. Skamielin i  piór” polega na tym, że pokazuje zmianę i dynamikę nauki. Nic nie jest dane tu i teraz. Ta książka nie powiela schematów i nazw, ale stara się pokazać, że nasza wiedza ciągle się zmienia. I że kolejne odkrycia ciągle czekają. Może właśnie na młodych czytelników naukomiksu?

Aha, nigdy już nie spojrzę tak samo na kury.

 

MK Reed, Joe Flood, Dinozaury. Skamieliny i pióra. Nasza Księgarnia 2018

 

 

Reklamy

Pasztety, do boju!

Nie wiem, jak Clémentine Beauvais to zrobiła. Jakim cudem w stosunkowo niewielkiej, zabawnej i świetnie napisanej książce udało się jej upchnąć tak wiele. Znajdziecie tutaj problemy z hejtem, bunt przeciwko rodzicom, brak akceptacji, rozbite rodziny, pierwszą miesiączkę. Do kompletu można jeszcze dorzucić poszukiwanie prawdy, kalectwo i imigrantów. Brzmi to bardzo poważnie, ale zapewniam, że książkę czyta się świetnie i trudno się od niej oderwać.

Clémentine Beauvais, Pasztety do boju

Mireille, Astrid i Hakima właściwie są na siebie skazane. W nieformalnym konkursie na najbrzydszą dziewczynę w szkole, organizowanym — jakże by inaczej — na fejsie, zdobyły tytuł Złotego, Srebrnego i Brązowego Paszteta. Konkurs paskudny — to już zresztą trzecia edycja — ale dorośli rozkładają bezradnie ręce, przecież nie mają wpływu na to, co robią dzieci w internecie. Mireille zdobyła ten tytuł już kolejny raz — to ona jest narratorką tej historii — zdążyła więc zbudować grubszy pancerz i chowa pod nim emocje i ból. Staje się swoistą mentorką dla koleżanek, które nie potrafią ukrywać rozpaczy i smutku. Co można zrobić z tak zdobytą, hmm, popularnością?

Mireille jest inteligentna i wygadana, a na dodatek złośliwa — nawet jej prześladowcy boją się jej języka i ciętych ripost. Nie ma ochoty zmieniać się po to, by dostosować się do obowiązujących kanonów. Chce być sobą. Emocje ukrywa bardzo głęboko i stara się, by nikt nie dostrzegł jej bólu. Astrid jest starsza, ale nigdy jeszcze nie spotkała się z taką nienawiścią i pogardą (nie da się tego inaczej nazwać). Nie potrafi sobie poradzić. Hakima jest najmłodsza z nich. To zagubiona, nieśmiała dwunastolatka, która nie rozumie, dlaczego dzieje się coś tak złego. Tytuł Paszteta działa jak stygmat — nikt nie chce się zadawać z najbrzydszymi dziewczynami w szkole, bo może się jeszcze zarazi? Clémentine Beauvais świetnie pokazała schemat wykluczenia i mechanizmy obronne oraz obnażyła bezradność społeczeństwa, które nie wie, jak sobie poradzić z nienawiścią w sieci. Nigdy wcześniej wykluczenie nie następowało na taką skalę i nie stawało się tak powszechne.

Pod wypływem impulsu dziewczyny postanawiają wyruszyć w podróż rowerami. Trasa liczy 500 km i prowadzi do Paryża, gdzie chcą dojechać na francuskie święto niepodległości. Towarzyszy im Kader, brat Hakimy, który stracił nogi w którejś z współczesnych wojen. Wpadają na pomysł, by wykorzystać to, z czego — chcąc, nie chcąc — stały się sławne. W czasie podróży będą sprzedawać paszteciki. Warto dowiedzieć się, co chcą osiągnąć i udowodnić swoją wyprawą i czy uda im się osiągnąć ten cel.

Przeczytałam tę książkę jednym tchem. Oburzałam się, współczułam bohaterkom, cierpła mi skóra, uśmiechałam się przy czytaniu odzywek Mireille i odnajdywałam w niej swojego początkującego nastolatka (jego odzywki raczej mnie drażnią). „Pasztety, do boju” to powieść drogi i bildungsroman — mamy tutaj wyprawę do Paryża, dojrzewanie i bardziej świadome patrzenie na świat. Dziewczyny i Kader zmieniają się, ale wcale nie oznacza to zaakceptowania typowego kanonu piękna. Clémentine Beauvais nie serwuje nam, na szczęście, fizycznej przemiany dziewcząt pod wpływem wysiłku fizycznego. Wyprawa nie ma na celu przemiany fizycznej, ale dodaje im pewności siebie, spaja przyjaźń, a przede wszystkim wyraźnie pokazuje różnicę między siecią a realnym życiem. W realu dziewczyny spotykają się z sympatią, w sieci — z hejtem. W realu mają witają ich przyjaźni, życzliwi, pomocni ludzie, kibicujący ich wyprawie, w sieci — krążą spiskowe teorie, a internetowe trolle używają sobie, ile wlezie. Zdecydowanie wygrywa prawdziwy świat.

Podróż do Paryża pozwala dziewczynom poznać siebie lepiej, dostrzec swoje mocne strony. Udowadniają, że są samodzielne i odpowiedzialne. Clémentine Beauvais napisała swoją powieść mocnym językiem, który doskonale udało się przełożyć Bożenie Sęk. Jej tłumaczenie jest współczesne i świeże, ale nie epatuje zbytnio „młodzieżowym” językiem, który błyskawicznie się starzeje. W żadnym momencie nie czuć, że to tłumaczenie.

„Pasztety, do boju” to ważny głos w dyskusji o akceptacji i dorastaniu, o uzależnieniu nastolatków od internetu i wpływie sieci na prawdziwe życie. To dobrze, że powstają książki, które wyłamują się ze schematu obowiązującego piękna, poruszają trudne tematy i robią to w tak cudownie lekki i zabawny sposób, a jednocześnie nie można przestać o nich myśleć po skończeniu lektury. To książka, którą powinny przeczytać wszystkie nastolatki, a już na pewno każda nastoletnia dziewczyna.

I wiecie co? To niesamowicie francuska książka — pełna słońca, pachnących owoców i smakowitych dań. Chwilami ciekła mi ślinka.

 

Clémentine Beauvais, Pasztety, do boju, tł. Bożena Sęk, Dwie Siostry 2017

 

Polska w odsłonach

Narzekania, jak w Polsce jest źle, są powszechne. Łatwiej zachwycać się czymś, co cudze i inne. Trudniej zobaczyć to, co czasami mamy tuż pod nosem. Jeśli więc szukacie pomysłu, co pokazać dzieciom, by pokazać, że Polacy mają się czym pochwalić, zajrzyjcie do książki „Moja Polska” Katarzyny Sołtyk (Wilga).

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

Przyznaję, że ta książka sprawia mi problem. Długo nie potrafiłam się do niej przekonać. Przeglądałam, podczytywałam, odkładałam na półkę i zastanawiałam się, co o niej napisać. Rozumiem i doceniam zamysł autorki, ale jednocześnie odrzuca mnie samo wykonanie. Ale może do rzeczy.

„moja Polska” to książka powstała z dumy — autorka napisała o tym we wstępie:

Ręka do góry, kto jest dumy z tego, że jest Polakiem! Sama podniosę pierwsza! (…) Na stronach tej książki znajdziecie dziesiątki, a nawet setki powodów do narodowej dumy — postacie, osiągnięcia, miejsca czy osobliwości.

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

I te dwa zdania właściwie streszczają całą treść książki. Katarzyna Sołtyk zebrała w niej wszystko, co — jej zdaniem — może być powodem do dumy z Polski. Trochę w duchu „radujmy się” i ku pokrzepieniu serc. W efekcie powstał straszliwy miszmasz, przez który trudno mi się przebić. Znajdziecie tutaj bociana, żubra i Biebrzę. Bitwę pod Grunwaldem i wycinanki. Szopena i Kieślowskiego. Muzeum Polin i enigmę. Abakany i kopalnie soli.

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

No wszystko po prostu! Na początku chaos mnie przerażał, a potem zaczęłam się nim z chłopakami bawić. Czytamy tę książkę trochę na zasadzie: a to znacie? znamy! No to idziemy dalej. Najbardziej brakuje mi w niej indeksu czy spisu nazwisk — ale może chodziło o niespodziankę? Ciągle nie rozumiem, dlaczego coś następuje po czymś innym. Najbardziej przypomina mi zwariowany pokaz slajdów, które ktoś ustawił, a potem zaczął losowo odtwarzać. I dlatego mamy Tatry, potem polskich zdobywców Himalajów, a tuż za nimi produkty made in Poland. Może chodziło właśnie o to, by nie było zbyt patetycznie? By nauczyć dzieci cieszyć się tym, co mamy i bawić polskością?

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

Na pewno książka Katarzyny Sołtyk uświadamia, że ludzi i rzeczy, z których możemy być dumni, jest dużo. Wspaniałe jest to, że autorka sięga do czasów odległych i całkiem bliskich. Mamy tutaj Kościuszkę i Paderewskiego, Wałęsę, Mazowieckiego i Mickiewicz. Momentami brakuje mi refleksji historycznej — możemy się szczycić Malborkiem, ale w notce o zamku zabrakło mi informacji o burzliwej historii polsko-krzyżackiej. (Krzyżacy są oczywiście wspomniani, ale jakoś tak nieoczywiście). Książka kreuje pewien mit polskości, kraju płynącego mlekiem i miodem, pełnego życzliwych ludzi i wspaniałych miejsc. Trochę cukierkowaty obrazek i dla mnie odrobinę wybrakowany. Brakuje mi w tej książce pogłębienia i odrobiny ostrości. 

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

Trudno mi zaakceptować chwalenie się liczbą sprawiedliwych wśród narodów świata bez wspominania o trudnej historii polsko-żydowskiej. Przy czytaniu nieodparcie miałam wrażenie, że to projekcja, pewien wyidealizowany model polskości, ucukrowana wersja świata. Nie wiem, czy duma wyklucza rzeczy smutne i czasami wstydliwe? Na pewno nie pasują one do modelu przyjętego przez autorkę, ale mnie niektóre braki rażą. 

Katarzyna Sołtyk, moja Polska

Można mieć do tej książki zastrzeżenia, ale na pewno znajdziecie w niej mnóstwo pomysłów, co pokazać dzieciom i czym możemy się chwalić. No bo może jeśli nie historia, to może jednak oscypek, skoczkowie i Biebrza? 

 

Katarzyna Sołtyk, moja Polska, il. E. Moyski, Wilga 2018 

 

Kto to jest patriota?

No właśnie… Piotrek przyniósł takie pytanie ze szkoły i zaczęliśmy się zastanawiać. Kto to jest patriota? Dziecię uznało, że odpowiedź jest prosta… Trzeba bronić ojczyzny i za nią umrzeć. I już! Włosy mi się zjeżyły… A potem opadły, bo przypomniały mi się własne szkolne czasy, „Bagnet na broń”, „ze spuszczoną głową powoli wraca żołnierz z niemieckiej niewoli”, „Czerwone maki na Monte Cassino” i „Kiedy się wypełniły dni i przyszło zginąć latem”. Pewnie moim rodzicom włos się jeżył tak samo jak mi… Nasza polska historia była trudna i krwawa, a teraz moja rola, by zacząć się z dzieckiem zastanawiać, kto jest patriotą dzisiaj. I co to znaczy bronić ojczyzny dzisiaj. I jak można ją chronić z szacunkiem dla innych. Ten trochę przydługi wstęp jest po to, by pokazać książkę, która bardzo pomaga rozmawiać o patriotyzmie i obowiązkach wobec ojczyzny.

Eliza Piotrowska, A ja jestem Polak mały

„A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały” Elizy Piotrowskiej (Czarna Owieczka) to jedna z lepszych książek dla dzieci poruszających temat patriotyzmu i miłości do ojczyzny we współczesnym świecie. Bardzo podoba mi się definicja patriotyzmu, którą tutaj znalazłam:

Patriota to ktoś taki, kto myśli nie tylko o sobie, ale też o innych, nie kłamie, potrafi słuchać, chce się rozwijać i stara się być dobry. 

Eliza Piotrowska, A ja jestem Polak mały

To dopiero początek rozważań. Autorka prowadzi wywód w prosty, zrozumiały dla dzieci sposób. Jest tutaj sporo o tym, co było i dlaczego teraz używamy słowa „ojczyzna” rzadziej niż kiedyś.

Bohaterem książki jest mały Krzyś, który jeszcze nie wszystko rozumie i zadaje dużo pytań — chłopiec na każdym obrazku ubrany jest w koszulkę i majteczki, czego nijak nie mógł zrozumieć Piotrek. Bo niby dlaczego ten Krzyś chodzi w bieliźnie? Warstwa ilustracyjna „A ja jestem Polak mały” może się nie podobać, ale autorce udało się naprawdę dobrze pokazać dylematy współczesnego świata, zaznaczyć, jak różne brzmienia i znaczenia może mieć słowo „ojczyzna” i zadać sporo ważnych pytań. Chociażby takie, co się dzieje, gdy spotka się patriota z patriotą, a każdy z nich pochodzi z innego kraju. Zdarza się wam myśleć o patriotyzmie innych i jak ci inni mogą reagować na nasz patriotyzm?

Eliza Piotrowska, A ja jestem Polak mały

Dobrze było porozmawiać o  tym, co to jest mała ojczyzna i czy ojczyzną może być cały świat. I co to właściwie znaczy. Eliza Piotrowska podrzuca bardzo sensowne odpowiedzi i stawia mądre pytania, które mogą zaskoczyć nie tylko dziecko. Aż dziw, że taka cieniutka książeczka może tak bardzo (pozytywnie) zamącić w głowie i otworzyć oczy. To bardzo nowoczesny i przemawiający do mnie model patriotyzmu, w którym jest miejsce na miłość do symboli, na pamięć o historii i szacunek dla innych oraz mądrą troskę o współczesność.

 

Eliza Piotrowska (tekst i ilustracje), A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały, Czarna Owieczka 2013

 

Mamoo! To jest o Pate!

Dziecko wpadło do kuchni podekscytowane. Mamo… Wiesz, to jest on! Od Elli! No pamiętasz! Znalazłem tę książkę na półce. I tam są wszyscy! I Ella też. Mamooo! Ale to jest śmieszne. To ten Pate od hokeja. No posłuchaj, przeczytam Ci fragment.

Tima Parvela, Pate pisze bloga

Piotr znalazł „Patego” na półce, na której położyłam nowe nabytki. Szukał czegoś do czytania, bo nieoczekiwanie moje Młodsze zamieniło się z dziecka, które woli, żeby mu czytać, w dziecko, które czyta samo (i nadal lubi, żeby mu czytać). Jego reakcja była niesamowita: popatrzył na książkę, przeczytał kawałek, a potem przybiegł w podskokach do kuchni. Od tej pory zdążył już przeczytać „Pate pisze bloga” dwa razy, ciągle zagląda do tej książki i od czasu do czasu czyta nam swoje ulubione fragmenty. Upewniał się także, czy ilustracje mnie śmieszą. Szczególnie pan ratownik. Mogę to przyznać oficjalnie — śmieszą. Rysunki to naprawdę mocny punkt tej książki i Piotrek spędził długie chwile, rozpracowując szczegóły i czytając podpisy.

Tima Parvela, Pate pisze bloga

Książka Timo Parveli, wydana przez Widnokrąg w serii „Bliskie dalekie sąsiedztwo” i brawurowo przetłumaczona przez Iwonę Kiuru, to swoisty samograj. Świetnie może zachęcić do czytania. Bohaterem jest Pate, który dostał od swojego nauczyciela zeszyt. Jego klasowy kolega Tukka uznał jednak, że zeszyt to zabytek i założył Patemu bloga. Miał być supertajny, ale jakimś cudem dowiedziały się o nim wszystkie dzieci z klasy: Ella, Sampa, Tina — cała ferajna znana nam z „Elli i przyjaciół„. Żeby zacząć czytać Patego, nie musicie znać Elli — dla Piotrka był to po prostu bonus i dodatkowy impuls do czytania. A jak już poznacie Patego, zrozumiecie, dlaczego tak bardzo zachwyciła Piotra „Ella”. W „Pate pisze bloga” Pate chyba ciągle jest w pierwszej klasie i ciągle jest tak samo niedopasowany do rzeczywistości. A może nawet bardziej?

Tima Parvela, Pate pisze bloga

Cała książka ma konstrukcję bloga, na którym Pate opisuje swoje przygody ze stryjem. Nie jest łatwo, gdy nagle dowiadujesz się, że masz stryja. Początki znajomości nie były udane, bo chłopiec pomylił stryja z ptakiem, a potem przez jakiś czas było tylko gorzej, choć trzeba przyznać, że Pate się starał. Trudno jednak dogadać się z kimś, kto nie przepada za dziećmi i skupia się głównie na oszczędzaniu czasu. Narracja jest prowadzona w pierwszej osobie. Inna perspektywa wprowadzona jest za pomocą komentarzy klasy (wszystkie dzieci kibicują Patemu i chętnie udzielają rad) oraz dialogów przytaczanych przez chłopca. Dzięki temu poznajemy punkt widzenia stryja, rodziców czy pewnej uroczej ratowniczki.

Tima Parvela, Pate pisze bloga

Dla dorosłego w pewnym momencie stało się oczywiste, w jakim kierunku zmierza akcja, ale ośmiolatkowi nic nie przeszkadzało. Timo Parvela zderza ze sobą rzeczywistość dziecka i dorosłego, sprytnie rozgrywając różnice w postrzeganiu świata. Wykorzystuje humor sytuacyjny i językowy — Pate odczytuje komunikaty dorosłych dosłownie, nie dostrzegając przenośni, sarkazmu czy ironii. Pate to kwintesencja dziecięcości — pojmuje świat prosto, jest kompletnie oderwany od rzeczywistości, maksymalnie angażuje się w to, co robi (jeśli to coś uznał za ważne i istotne), a psoci przy okazji i mimo woli.

Trudno mi było określić, ile Pate ma lat — nawet Piotrek zauważył, że chłopiec bardzo mało wie o świecie i wszystko odbiera bardzo dosłownie. Trochę mi to zgrzytało, bo spryt i samodzielność chłopca trochę kłóci się z jego naiwnym i bezkrytycznym postrzeganiem świata. Taki jednak model pisania przyjął Timo Parvela i jestem skłonna to zaakceptować, bo „Pate pisze bloga” to niesłychanie zabawna i wciągająca książka, która — co całkiem istotne dla mnie jako dla dorosłej i mniej odpornej osoby — nie sięga w nadmiarze po fizjologię i obrzydliwości. Podkreślam „w nadmiarze”, bo trochę skrzeku i innych obrzydliwości tu jednak znajdziecie. Akurat tyle, by dziecko wybuchnęło śmiechem i koniecznie chciało się dowiedzieć, co było dalej. No i koniecznie muszę teraz kupić drugą część Patego. To przecież oczywiste, jak uznał Piotrek.

 

Timo Parvela, Pate pisze bloga, il. Pasi Pitkänen, tł. Iwona Kiuru, Widnokrąg 2018

 

Co można kupić za pieniądze?

Nie, nie będzie o ekonomii. Dyskusja o pieniądzach, o tym, czy warto być bogatym i co można kupić za pieniądze rozgorzała przy śniadaniu w pewną sobotę. Piotrek właśnie skoczył czytać (samodzielnie) „Małego miliardera” Davida Walliamsa (Mała Kurka). Ciągle nie wiem, co mają w sobie książki tego autora, że tak pięknie otwierają na samodzielne czytanie.

David Walliams, Mały miliarder

„Mały miliarder” to historia najbogatszego dziecka na świecie, które może mieć wszystko, o czym tylko zamarzy. Józek Burak nie musi sobie niczego wyobrażać, bo ma wszystko:

  • 100-calowy plazmowy telewizor HD z płaskim ekranem w każdym pokoju
  • 500 par markowych adidasów
  • tor wyścigowy w ogrodzie
  • japońskiego psa-robota
  • wózek golfowy z tablicą rejestracyjną „BURAK 2” do poruszania się po terenie posiadłości
  • zjeżdżalnię wodną prowadzącą z jego sypialni wprost do basenu olimpijskiego
  • wszystkie gry komputerowe świata
  • kino IMAX 3D w piwnicy
  • krokodyla
  • osobistą masażystkę
  • podziemną dziesięciometrową kręgielnię
  • stół do gry w snookera
  • maszynę do popcornu
  • tor dla deskorolek
  • jeszcze jednego krokodyla
  • kieszonkowe w wysokości 100 tysięcy funtów tygodniowo
  • kolejkę górską na tyłach domu
  • profesjonalne studio nagrań na strychu
  • prywatne sesje treningowe z piłkarska reprezentacją Anglii
  • akwarium z prawdziwym rekinem (Mały miliarder, s. 10-11)

Józek ma wszystko. A jak nawet czegoś nie ma, to natychmiast może to mieć. Dlaczego więc wydaje się być najnieszczęśliwszym dzieckiem na świecie? I tak bardzo pragnie się nie wyróżniać?

David Walliams, Mały miliarder

To opowieść o przyjaźni, pieniądzach, tolerancji i akceptacji napisana w stylu Walliamsa, więc sporo tutaj fizjologii, przekraczania granic dobrego smaku i niewybrednych żartów. Piotrek czasami się śmiał, ale uznał, że to bardzo poważna książka. I nie mógł się od niej oderwać. Nie będę wam streszczać historii Józka. Skończyło się dobrze, w opinii Piotrka, choć być może nie każdy dorosły by się z nim zgodził. Można powiedzieć, że to brawurowo napisana opowieść o tym, co najważniejsze. Dla mnie fascynujące było to, że dziecko po zakończeniu czytania bardzo dużo myślało i bardzo dużo rozmawiało — bardzo poważnie. Między innymi o tym:

  • czy da się kupić przyjaźń za pieniądze?
  • a co z miłością?
  • czego się boisz, jak masz dużo pieniędzy?
  • i na co można je wydać, jak już się je ma?
  • i czy da się stracić wszystkie pieniądze, jakie się ma?
  • i co potem?
  • a jak właściwie zarobić takie pieniądze?
  • i czy da się za pieniądze kupić spokój?
  • a co to znaczy, że pieniądze ułatwiają życie?
  • jak działa agencja ochrony?
  • czy naprawdę warto mieć wszystko?

Nie, wcale się na tym nie skończyło. Rozmawialiśmy jeszcze długo. Piotrek w końcu uznał, że jak się ma wszystko, to człowiekowi musi być bardzo smutno, bo nie ma żadnych marzeń. Ciągle macie wątpliwości, czy warto czytać Walliamsa?

 

David Walliams, Mały miliarder, il. Tony Ross, tł. Karolina Zaremba, Mała Kurka 2017

Drzewo kłamstw

„Drzewo kłamstw” Frances Hardinge to książka teoretycznie dla nastolatków, ale przeczytałam ją jednym tchem. Chyba tym razem zdołałam wyprzedzić nawet Tymka. To doskonale napisana historia dziewczyny, która urodziła się nie w porę — pragnie się uczyć, badać świat, zajmować się nauką, ale społeczeństwo przewidziało dla niej całkiem inną rolę. Wiecie, w epoce wiktoriańskiej kobieta mogła zostać żoną albo matką. Ta powieść świetnie wpisuje się w nurt literatury o silnych kobietach — takich, które nie bały się przyznać przed sobą, do czego dążą i szukać sposobów na realizację celów. Nie mogłam się od tej opowieści oderwać.

Frances Hardinge, Drzewo kłamstw

Faith czuje, że jest inna. Nie potrafi się odnaleźć wśród innych, nie pasuje już do dzieci. Stoi pomiędzy — już właściwie nie dziecko, ale jeszcze nie dorosła. Rodzice zmieniają jej status w zależności od potrzeby — raz ma być odpowiedzialna i rozsądna, innym razem nie wolno jej pewnych rzeczy robić, bo przecież jest jeszcze dzieckiem. Pewnie dzisiejsze nastolatki też by się rozpoznały w tym opisie. Problem Faith jest jednak jeszcze głębszy — czuje, że musi ukrywać swoje pasje, swoją inteligencję, że nie jest przez nikogo rozumiana, a jej pęd do wiedzy jest postrzegany jako niestosowne dziwactwo. Ani jej matka, ani ojciec nie akceptują jej zdolności. Jeszcze wyrośnie na dziwadło.  Przecież dziewczynki takie nie są, nieprawdaż? Dziewczynki się bawią, haftują, grzecznie bawią i miło uśmiechają. W głowie kołacze mi cytat z „Dumy i uprzedzenia” Jane Austin:

Wszystkie (młode damy) malują na drewnie, haftują parawaniki przed kominki i szydełkują woreczki na pieniądze. Nie znam chyba panny, która by tego wszystkiego nie umiała. (…) Kobieta powinna posiąść dogłębnie muzykę, śpiew, rysunek, taniec i języki nowożytne, dopiero wówczas zasługuje na nazwę posiadającej kunszta. Poza tym w jej sposobie bycia, chodzeniu, w brzmieniu głosu powinno być coś, bez czego nie może w pełni zasługiwać na to określenie. (s. 43-44, Jane Austin, Duma i uprzedzenie, tł. A. Przedpełska-Trzeciakowska, Prószyński i S-ka 2002)

Faith pociągają zdecydowanie inne kunszta. Ma ochoty pozachowywać się niestosownie. I bardzo ją męczy, że w towarzystwie czarujących pań nie można rozmawiać o niczym poważnym (czytaj: ciekawym).

Czegoż w tej książce nie ma! Jest intryga i kryminał, i wspaniały opis wiktoriańskiego społeczeństwa, i geologia, i Darwin, i paleontologia. Znajdziecie tutaj plotkę i oszustwo, walkę z teorią ewolucji, zemstę i metafizykę. Na tym tle Frances Hardinge osadziła historię dorastającej dziewczynki, wychowywanej w bardzo zimnej rodzinie, która próbuje rozwikłać zagadkę morderstwa, a przy okazji musi zmierzyć się z wieloma innymi tajemnicami. Odkryje także prawdy, które niekoniecznie podobałyby się mężczyzną — m.in. taką, że te czarujące, niewinne i głupiutkie kobiety potrafią nimi bez skrupułów manipulować. „Drzewo kłamstw” to opowieść o dorastaniu i o pojawianiu się świadomości, że dorosłość oznacza także konieczność podejmowania wyborów i ponoszenia odpowiedzialności za własne czyny i słowa. Faith musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chce zaryzykować i czy jest gotowa przyjąć konsekwencje swojego wyboru.

Autorka świetnie sportretowała małą społeczność, która niechętnie dzieli się sekretami. Faith jest bardzo spostrzegawcza i inteligentna. Potrafi wtopić się w tło i pozostać niewidzialna — przecież dzieci powinny być niewidoczne i ciche (czasami wzdycham z żalem, że moje dzieci nie wiedzą, że takie powinny być). Ta umiejętność bardzo pomoże jej w śledztwie. Poszukiwania dziewczynki zaprowadzą ją także na krawędź świata nadnaturalnego — do korzeni prawdy i kłamstwa. Bo właściwie, co to jest prawda i do czego wykorzystujemy kłamstwo? I czy potrafimy się bez niego obyć? Świetna powieść. No i niesamowicie podoba mi się jej okładka.

 

Frances Hardinge, Drzewo kłamstw, tł. Krzysztof Mazurek, Czarna Owca 2017

Czy to pies, czy to bies?

Wiecie, jak odróżnić psa i leśnego demona? Jeśli nie, to łatwo możecie się dowiedzieć. Wystarczy, że zajrzycie do książki „Czy to pies, czy to bies, czyli zbiór słowiańskich stworów” napisanej przez Łukasza Loskota, a zilustrowanej przez Kamilę Loskot (Wydawnictwo OVO).

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Bardzo mi się ta książka podoba. Ze stonowanej okładki (jest bardziej szara niż na moim zdjęciu) spogląda na nas sympatyczny stwór, częściowo ukryty za pniem drzewa. To bies — nie dajcie się zwieść jego sympatycznej buźce, nie warto robić z nim interesów. Kreska Kamili Loskot jest nowoczesna, a jednocześnie niesamowicie porusza wyobraźnię. Jej ilustracje są baśniowe, ale gdzieś w tle czai się nostalgia. A może tylko ja dośpiewuję sobie tęsknotę za światem, któremu pozwalamy odejść?

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Dawno już nie widziałam książki, która zaczyna się wierszowanym wstępem. Ten wstęp przypomniał mi dzieciństwo i wiersze Janiny Porazińskiej — jej „Psotki i śmieszki” kojarzą mi się z dzieciństwem i sięganiem do ludowej wyobraźni. Od razu miałam dobry nastrój. Sami posłuchajcie:

Różne są cuda na świecie

Niektórych jednak nie widać

Skrzat koniom grzywy zaplecie

Rusałka nawarzy mu piwa

W głębokich borach i łanach

Mieszkają mityczny stwory

Czasami umilą nam życie

Czasami nauczą pokory

Po takim wstępie po prostu chce się zajrzeć dalej.

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Spotkacie w tej książce dwanaście baśniowych stworów ze słowiańskich bajek i legend. Dowiecie się, jak psoci strzyga, czego strzegą plonki, kogo lubi licho. Nie są to wyłącznie dobre postacie, bo przecież w legendach i baśniach tych dobrych wcale nie ma za dużo. Większości z nich lepiej nie spotykać. Łukasz Loskot o każdej z nich napisał z sympatią. Dawne czasy przeplatają się tutaj ze współczesnością, bo dlaczegoż to południca nie miałaby od czasu do czasu skorzystać z solarium? Opowieści napisane są prostym, bardzo ładnym językiem — nie jest to bajka, ale ale daleko temu opisowi do suchego hasła z leksykonu. Na przykład takie latawce „żyją przytwierdzone ognistymi okowami do sklepienia nieba. Nikt ostatecznie nie może stwierdzić, czy są to istoty dobre, czy też złe i dlaczego tkwią uwięzione w taki sposób. Faktem jest, że od początku czasu z wysokości obserwują nasze życie. Kiedy Latawcowi wpadnie w oko jakaś wytworna dama czy wiejska dziewka, zrywa swoje łańcuchy i spada na ziemię. Zamienia się w przepięknego chłopca, któremu żadna dziewczyna nie może się oprzeć”. (s. 56) Mimo takiego wstępu, potem okazuje się, że jedna sprytna się znalazła. Narracja łączy elementy stare, ludowe z bardzo nowoczesnym sposobem opowiadania, przez co tekst jest zrozumiały, przystępny, a przede wszystkim rozbudza ciekawość. Po tej lekturze ma się ochotę na więcej — czytelnika aż korci, żeby zajrzeć do starych baśni i poszukać opowieści, które przytacza autor.

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Książka jest wyrazem ciekawości mitologią słowiańską. Autorzy nie poprzestają na kilku faktach. Starają się tchnąć w baśniowe postacie nowe życie, osadzić je we współczesnym świecie, pokazać, że świetnie pasują do nowoczesnej wyobraźni. A w słowniku dziecka pojawiają się nagle chmurniki, zmory, utopce i domowniki, fantazja karmi się nowymi-starymi historiami, a stare baśnie zyskują nowe życie. Nie wiem, czy wolę tę książkę oglądać, czy czytać, bo ilustracje są naprawdę świetne — tracą na moich zdjęciach, bo po pierwsze, jak sami wiecie, nie umiem robić zdjęć, a po drugie, książka została wydrukowana na kredowym papierze, więc wszystko się na fotografii błyszczy. Ale i tak warto ją mieć, jeśli macie ochotę przybliżyć dzieciom słowiański świat wyobraźni.

Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies, il. Kamila Loskot, Wydawnictwo OVO 2017

Hedwiga

Hedwiga ma siedem lat, jest jedynaczką, mieszka z rodzicami jeszcze dalej niż na końcu świata i nie może się doczekać, kiedy pójdzie do szkoły. Tak mniej więcej zaczyna się „Hedwiga” Fridy Nilsson (wydawnictwo Dwie Siostry). Dziewczynkę poznajemy tuż przed rozpoczęciem wytęsknionego roku szkolnego, który dla niej (i dla jej rodziców też) będzie oznaczał początek wielkiej przygody.

Frida Nilsson, Hedwiga

Młodszemu „Hedwiga” podobała się bardzo. Piotrek prawie turlał się ze śmiechu. Skandynawowie mają niesamowitą umiejętność tworzenia wspaniałych, pełnych życia bohaterów. Hedwiga ma charakter. A momentami nawet charakterek. Blisko jej do Emila ze Smalandii —  nigdy nie psoci w ten sam sposób dwa razy. Uczy się na swoich błędach, co nie przeszkadza jej popełniać kolejnych. Płaci za nie bolącym brzuchem, nieprzespanymi nocami, lękiem przed możliwymi konsekwencjami, ale cały czas działa, eksperymentuje i poznaje. Jak inaczej ma się dowiedzieć, co wolno, a czego nie? Nie jest to jednak poważna i moralizatorka historia. Frida Nilsson napisała pełną humoru i radości opowieść, w której dzieci odnajdują siebie. Dwa rozdziały z tej książki Piotrek przeczytał kilka razy: jak dziewczynka uciekła do lasu oraz jak upiększała w złości wielkanocne laurki. Przy tym drugim prawie spadł z krzesła z radości, a potem zastanawiał się, dlaczego w książce dla dzieci piszą o dorysowywaniu siusiaków. Może dlatego, że dzieciaki potrafią je czasami dorysować? Lektura niektórych przygód Hedwigi sprawiała, że cierpła mi skóra i włosy stawały dęba, ale cóż… Dzieci mają różne pomysły, sami na pewno doskonale o tym wiecie.

Frida Nilsson, Hedwiga

Hedwiga jest fantastyczną dziewczynką. Lubi zadawać pytania, jest wspaniałą przyjaciółką i doskonałą obserwatorką. Wszystko słyszy (nawet jeśli rodzice starają się mówić szeptem), wszystko widzi (choćby przez dziurkę przez klucza), czasami najpierw robi, a potem myśli. Znacie to? To po prostu dziecko — brudzące się, głośne, zapominalskie, życzliwe, serdeczne, impulsywne, dobre, płaczące i śmiejące się z całego serca, ciekawskie, a momentami irytujące, nie potrafiące przewidzieć konsekwencji swoich zachowań, przerażone, złośliwe, kochające. Hedwiga jest wielobarwna, nie sposób jej zaklasyfikować.

Frida Nilsson napisała książkę, o której bardzo długo myślałam. Towarzyszymy w niej Hedwidze przez rok — poznajemy ją pod koniec wakacji przed rozpoczęciem szkoły, a rozstajemy się z nią na początku drugiej klasy. Każdy kolejny rozdział to minihistoryjka, zabawna, a czasami wzruszająca opowiastka z życia dziewczynki. Akcja dzieje się w szkole, w domu, w sklepie, w tle widzimy rodziców, nauczycieli czy innych dorosłych. I to chyba właśnie relacje z dorosłymi budziły mój wewnętrzny protest. Bo dorośli też w tej książce są prawdziwi: niekonsekwentni, czasami obrażający się, udający, że czegoś nie powiedzieli, zmęczeni, pochopni w sądach, czasami mijający się z prawdą. Prawdziwi, a jednocześnie trochę niewychowawczy i nieedukacyjni. Czy jednak naprawdę powinni być inni? Dlaczego prawdziwe dziecko nie może spotkać na kartach książki prawdziwych, nieidealnych rodziców? „Hedwiga” to książka, w której dużo jest o emocjach — o prawie do ich posiadania i wyrażania. I o różnych zachowaniach, nawet takich, które nie zawsze wydają się nam pozytywne, ale są. Autorka unika moralizatorstwa i oceniania wprost. Czytelnik widzi, co się dzieje przed wydarzeniem, w jego trakcie i po nim. Wnioski musi wyciągnąć sam. Być może będzie się tylko śmiał, być może zada sobie jakieś pytanie, być może pomyśli. Mam nadzieję, że mój mały czytelnik nie będzie naśladować pomysłów Hedwigi (niektórych). Kto by pomyślał, że tak radosna i pełna humoru książka zmusi mnie do tak poważnych przemyśleń?

Na koniec chciałabym wam powiedzieć, że „Hedwiga” to świetna książka do samodzielnego czytania. Duże litery zachęcają do lektury, a ciekawa, zaskakująca i pełna humoru akcja sprawia, że trudno się od tej książki oderwać. Przetestowane na dzieciach.

 

Frida Nilsson, Hedwiga, tł. Barbara Gawryluk, Dwie Siostry 2017

List do króla

„List do króla” Tonke Dragt (Wydawnictwo Dwie Siostry) to jedna z takich książek, które na bardzo długo zapadają w pamięć. Piękna niebieska okładka przywołuje emocje i zachwyt towarzyszący czytaniu. Podczas lektury ma się wrażenie obcowania z czymś wspaniałym i pięknym — piszę to z pełną odpowiedzialnością. U nas ta książka leży na półce tuż obok „Braci Lwie Serce” Astrid Lindgren.

Tonke Dragt, List do króla

Nie przyznam się, ile czasu zbierałam się do recenzji tej książki. Zdecydowanie zbyt długo. Tymek dostał ją na urodziny w kwietniu i połknął jednym tchem. To bardzo dobra powieść dla młodzieży, mądra, piękna, wspaniale przetłumaczona. Gdy o niej myślę, ciągle mam w głowie dwa określenia: elegancka i szlachetna — to książka najwyższej próby pod względem edytorskim, treściowym i stylistycznym. Ilustracje autorki kojarzą mi się z rysunkami Ilon Wikland do „Braci Lwie Serce”. Tonke Dragt zaprasza czytelnika do bajkowego świata rycerzy, ale nie znajdziecie tutaj magii, potworów i cudów. Akcja dzieje się w wymyślonych krainach, w czasach zbliżonych do średniowiecza, gdy po drogach pędzili błędni rycerze, na zboczach gór budowano warowne zamki, a wędrówka wymagała hartu i odwagi.

Tonke Dragt, List do króla

Opowieść rozpoczyna się w królestwie potężnego i rozumnego Dagonauta. Raz na cztery lata odbywa się tutaj pasowanie na rycerzy — to wielka uroczystość. Wybrani młodzieńcy przechodzą wcześniej wiele prób, by dostąpić tego zaszczytu. Ostatnia z nich ma miejsce tuż przed pasowaniem — przez cały dzień i całą noc niczego nie jedzą ani nie piją, a noc spędzają na czuwaniu w kaplicy. Nie wolno im wtedy spać, rozmawiać ani reagować na odgłosy z zewnątrz. Ci, którzy nie wytrwają lub złamią zasady, nie zostaną pasowani na rycerza. W takich okolicznościach poznajemy szesnastoletniego Tiuriego, syna Tiuriego Walcznego, który razem z innymi giermkami przebywa w kaplicy. I nagle słyszy kogoś, kto prosi o pomoc.

Tonke Dragt, List do króla

Nie zdradzę wam wiele, gdy powiem, że Tiuri łamie zasady. Po pierwsze, dzieje się to na pierwszych stronach książki, po drugie, bez tego nie byłoby tej opowieści. Tiuri wyrusza w podróż, by pomóc komuś, kogo nawet nie zna, targany wątpliwościami, czy to, co robi, ma sens i jest zgodne z honorem rycerza, dręczony przeczuciem, że być może na zawsze zaprzepaścił swoje szanse na zostanie rycerzem, że zawiódł. Prośba nieznajomego, choć z pozoru łatwa do spełnienia, sprawia, że Tiuri niespodziewanie musi wyruszyć na długą wyprawę, która zaprowadzi go daleko od znanego mu świata. Opis podróży Tiuriego mieści się na ponad 500 stronach — książka podzielona jest na osiem części, a każda z nich składa się z kilku rozdziałów. Wyprawę chłopca można także śledzić na mapie na wyklejce — czasami ta mapa bardzo się przydaje, by uświadomić sobie, jak daleko zapuścił się chłopiec, realizując misję ważną dla całego jego świata.

Tonke Dragt, List do króla

„List do króla” łączy kilka gatunków. To epos rycerski, kronika, powieść drogi i Bidungsroman. Tiure nie tylko poznaje nowe miejsca, ale przede wszystkim dojrzewa i sprawdza samego siebie. Dowiaduje się wiele o swoich motywach i reakcjach — musi także odpowiedzieć sobie na pytanie, co znaczy dla niego bycie rycerzem. Tonke Dragt odrywa kodeks i etos rycerski od walk i bitew, zadając pytanie, co on oznacza w codziennym życiu. W tej powieści ważna jest odpowiedzialność, przyjaźń, wierność, a kodeks rycerski służy do nawiązywania więzi i ma sprawiać, że troszczysz się o innych.

Świat Tiuriego jest bardzo męski — kobiety pojawiają się w tle. Przypisanie im jednak aktywnej roli byłoby złamaniem pewnej konwencji, w której utrzymana jest cała powieść — warto także pamiętać, że Tonke Dragt napisała ją w 1962 r. Być może kobiecy punkt widzenia jest widoczny w samej kompozycji powieści rycerskiej, w której właściwie nie ma walki i potyczek. Ech, nie mogę się już doczekać, kiedy zacznę czytać tę książkę z Piotrkiem. To taka historia, która nie poddaje się modom i trendom — zawsze będzie budziła ciekawość i emocje. Warto znaleźć miejsce na półce na tę książkę.

 

Tonke Dragt, List do króla, tł. Jadwiga Jędryas, Dwie Siostry 2017