Tatusiu, popsułeś coś, gdy byłeś mały?

Od kilku dni czytamy jedną książkę. Kupiliśmy ją w teatrze — było tam stoisko z książkami, więc należało je obejrzeć i koniecznie coś nabyć. Moje dzieci przejawiają już te same objawy uzależnienia od książek, co ich matka. Piotrek wybrał książkę, obejrzeliśmy ją kilka razy przed spektaklem i w przerwie, bo wyglądała bardzo smakowicie. Tymek dorwał się do niej w pociągu (nabywaliśmy ogłady kulturalnej osobno, my w teatrze, on w muzeum), a po powrocie do domu po prostu zniknął. Objawił się po jakimś czasie z uśmiechem na gębie i radosnym stwierdzeniem, że książka jest bardzo, ale to bardzo fajna, opowiadania są zabawne i ciekawe i że naprawdę, ale to naprawdę warto ją przeczytać. Tylko krótka. Piotrek reaguje na tę lekturę równie entuzjastycznie — od kliku dni czytamy ją w kółko. A najdziwniejsze jest, że znoszę to świetnie i książka mnie samej także nie znudziła. Lektura idealna?

Poczet psujów polskich

Leitmotivem „Pocztu psujów polskich” Pawła Beręsewicza (Wydawnictwo Literatura) jest znane chyba każdemu rodzicowi zdanie: „Co z tego dzieciaka wyrośnie! Mnie w jego wieku coś takiego nie przyszłoby do głowy!” Autor bardzo przemyślnie  konstruuje opowieść, której bohaterami są Maciek, tato Maćka, dziadek Maćka, pradziadek, prapradziadek. Obaj moi chłopcy z radością powtarzali: kiedy tato taty taty taty mojego taty…. I tak w nieskończoność.

Paweł Beręsewicz, ku rozpaczy moich synów, nie doprowadza swojej opowieści do czasów mamutów, zatrzymuje się na prapraprapradziadku urodzonym w 1833 r. Krótkie opowiadania są zabawnym pretekstem do pokazania, jak bardzo różni się nasze życie od codzienności naszych przodków. W każdej historii znajdujemy co najmniej dwa powody, dlaczego tacie, dziadkowi czy pradziadkowi nie mogło coś przyjść do głowy.

Poczet psujów polskich

Kiedy tata taty taty mojego taty był małym chłopcem, podsmażanie czekoladek na elektrycznym żelazku nie mogło mu przyjść do głowy z dwóch powodów. Przede wszystkim w jego domu słodycze trzymano w spiżarce zamkniętej na klucz, który nosiła na szyi gospodyni Anielka, a ta miała na brodzie włochatą brodawkę i w ogóle była groźna. Gdyby jednak nawet jakimś cudem udało się włamać do czekoladek, to i tak trzeba by je zjeść na zimno, bo nie wynaleziono jeszcze elektrycznych żelazek. […] Ludzie w tamtych czasach nie znali też radia, pedałowali pod górę rowerem bez przerzutki, słuchali muzyki z gramofonu na korbkę, a odkurzacze dopiero rodziły się w głowach wynalazców.

Celowo przytoczyłam tutaj kawałek opowiadania nawiązującego do żelazka, bo historia podgrzewania czekoladek to ulubiony rozdział Piotrusia. Tymek opowiada się raczej za obrażoną hrabiną, a ich matkę ujęła opowieść o wywabianiu niejakiego prąda za pomocą kiełbasy. Zresztą wszystkie historie są zabawne i z przymrużeniem oka pokazują, jak wspaniała może być inwencja dziecka, które niezależnie od czasów zawsze znajdzie coś do popsucia i rozwalenia. A wynalazcy stają na głowie, by zapewnić im kolejne rzeczy do psucia i eksperymentowania.

Poczet psujów polskich

Warto tutaj także wspomnieć ilustracje Nikoli Kucharskiej, które są przezabawne i wspaniale oddają nastrój podróży w przeszłość. Im dalej w głąb czasu, tym mniej kolorowo, tym bardziej jej ilustracje przypominają sepiowe fotografie, lekko pokolorowane. Piotrek ogląda je z lubością, sprawdzając wszystkie szczegóły (czy aby Anielka na pewno ma brodawkę? — ma!). A obrazek, na którym Maciek eksperymentuje z komórką tatusia za pomocą różnych części ciała, bo przecież obiecał trzymać paluszki z dala od jego (znaczy tatusia) zabawek, to po prostu mistrzostwo świata.

No więc, tatusiu, przyznaj się, jak narozrabiałeś w dzieciństwie i że nie zawsze byłeś święty! A potem poopowiadaj dzieciom o dziadkach i pradziadkach, to może być właśnie ten moment, kiedy dziecko pokocha historię i zacznie ją poznawać od historii własnej rodziny.

 

Paweł Beręsewicz, Poczet psujów polskich, Wydawnictwo Literatura 2016

 

Reklamy

Olaf, Konstanty i Anna Maria, czyli rodzina Różyczków w akcji

O rodzinie Różyczków było całkiem niedawno, ale nie mogę nic poradzić na to, że moje młodsze chodzi po domu z książkami wydanymi przez Wydawnictwo Bona pod pachą i każe sobie co chwila czytać o przygodach szalonej trójki i pana Rurki. Piotruś najchętniej przygarnąłby jakiegoś uczynnego sąsiada, ale – chyba na szczęście – nie mamy podobnego do pana Rurki w okolicy.

Teraz na topie są dwie inne książki o przygodach sympatycznej rodziny: „Tato, popłyńmy na wyspę!” i „Tato, w studni nie ma wody!”.

Tato, w studni nie ma wody

„Tato, popłyńmy na wyspę!” to historia wyprawy rodziny Różyczków do portu. Tym razem dzieci nie wzięły ze sobą masztu flagowego, tylko stary zegar wahadłowy i kilka innych rzeczy, które każdy zwyczajny rodzic kazałby bez gadania zostawić w domu. Godna podziwu jest i wyrozumiałość taty, i wytrwałość dzieci, które pracowicie dźwigają wszystkie „niesamowicie potrzebne” przedmioty. Olaf, Konstanty i Anna Maria zachowują się jak typowe dzieci, które uwielbiają wrzucać do wody wszystko, co nawinie im się w ręce, a Paweł Różyczko nie zachowuje się, jak typowy rodzic 🙂 W efekcie różnych zbiegów okoliczności rodzina wchodzi w posiadanie wspaniałej łodzi – i sami przeczytajcie, co było dalej…

– Dzieciaki! – zawołał [tato]. – Jak nazwiemy łódź?

– „Łódź” – powiedział Konstanty. – „Łódz”, byłaby dobra!

– „Pirat”, „Dzieci Pirata” – zaproponował Olaf.

– „Celwona Kacka Kwacka” – wymyśliła Anna Maria. – „Łysy Kamyk”!

Po tej części wiemy już, skąd wzięła się piaskownica Różyczków. I bardzo dobrze rozumiem pana Rurkę – akurat w tej części nie odgrywa większej roli – który twierdzi, że nie warto się kłaść, zanim rodzina Różyczków nie wróci do domu. Nie warto także zaczynać czytać tej książki przed snem, bo z dużym prawdopodobieństwem dziecko rozbawi się tak, że nie będzie w stanie zasnąć.

Druga książka, „Tato, w studni nie ma wody!” w pewnym momencie staje się tak zadziwiająca, że ja się poddaję i przyznaję, że nie mam pojęcia, co poeta miał na myśli. Piotruś ją jednak pokochał. Po pierwsze dlatego, że jest w niej panna Kolcatka, o pardon, Kolczatka Stukatka. Po drugie dlatego, że rodzina Różyczków za sprawą tejże panny wchodzi w posiadanie domku letniskowego nad jeziorem, którego nie ma. I wiecie co? Od Pawła Różyczko można się jednak nauczyć cierpliwości w przyjmowaniu niespodzianek, które za sprawą dzieci przynosi nam życie.

Czego w tej historii nie ma… Jest nowy komputer, krzywy domek letniskowy bez wody, ale za to z pomostem i sauną, pan Rurka śledzący Różyczków na swoim motorowerze i z tajemniczym narzędziem, zły stwór studniowy, sowa mieszkająca pod okapem i przeloty wędrownych ptaków. Piotruś śmieje się cały czas, a gdy kończymy lekturę dokładnie książkę ogląda. To świetna lektura dla starszego, lubiącego słuchać bajek przedszkolaka, a młodszy szkolniak na pewno nie będzie się przy niej nudził. Kreatywność Olafa, Konstantego i Anny Marii jest porażająca, przerażająca i dość zaraźliwa, ale w rzeczywistości trochę łatwiej nad dziećmi zapanować. Czasami trzeba sobie także przypomnieć, że coś, co dla dorosłego bywa problemem i wadą, dla dziecka jest czymś najwspanialszym pod słońcem.

A na koniec cytat, który mi zapadł w pamięć:

„Każde nowe miejsce jest ekscytujące. A jeśli znajduje się w nim coś niebezpiecznego, to jedno jest pewne: muszą to znaleźć dzieci – ot tak.”

I to powinien sobie zapamiętać każdy rodzic.

 

„Tato, popłyńmy na wyspę!”, Wydawnictwo Bona, Kraków 2011

„Tato, w studni nie ma wody!”, Wydawnictwo Bona, Kraków 2012

Na grzyby z tatusiem – to dopiero jest przygoda!

Dzisiaj będzie o jednej z naszych ulubionych książek, a jednocześnie o jednej z najbardziej zabawnych, czyli o „Tato, pojedźmy na grzyby” Markusa Majaluomy, wydanej przez wydawnictwo Bona.

Tato, pojedźmy na grzyby!

Kiedy myślę o tej książce, zaczynam się od razu uśmiechać. Ten sam syndrom zauważyłam u swoich synków. Trudno bowiem nie lubić zwariowanej rodziny Różyczków składającej się z tatusia, trójki dzieci (Olafa, Konstantego i Anny Marii) i mamy. Mamę umieściłam na końcu, bo jest właściwie nieobecna, ciągle na zebraniu albo konferencji, choć jest jednocześnie niesamowicie wyrozumiała. Do rodziny należy także sąsiad Różyczków, pan Rurka. Niby sąsiad, ale zawsze gotowy przybiec na każde zawołanie i z chęcią uczestniczy w każdej zabawie. A wszystkie książki z tej serii mówią o tym, co może się zdarzyć, gdy tatuś i dzieci są w domu sami, a pomaga im uczynny sąsiad.

Tym razem pan Paweł Różyczko przyjechał do domu nowym autem (koniecznie trzeba je zobaczyć), które mnie przypomniało czasy, gdy razem z rodzicami i czwórką rodzeństwa jeździliśmy maluchem na wyprawy do lasu i nad rzekę 🙂 Tatuś jest dumny i zmęczony, chciałby odpocząć, ale dzieci nabrały ochoty na wyprawę do lasu. Cóż więc ma robić biedy tato? Musi pojechać, inaczej się po prostu nie da… A do lasu koniecznie trzeba wziąć atlas grzybów, książkę o zwierzętach i o dinozaurach, jakby się jakiś przypadkiem uchował. Gdyby ktoś nie wiedział, to trzeba z sobą wziąć także maszt flagowy, to rzecz po prostu niezbędna. A w lesie mogą się przydarzyć przeróżne odkrycia. Tutaj musi być cytat, w przypadku tej książki bez cytatów się nie da:

„A kiedy tata otworzył książkę, włosy stanęły mu dęba, a fajka wypadła z ust… (…) O wy.. yyh!… co za bałwan… wytłumaczcie mi, kto z was… wy jedni….! Otworzył książkę. Dzieci wpatrywały się w rysunki grzybów, z których każdy został starannie zamalowany. (..) Ten jest mój – powiedział z dumą Olaf. – Łatwo poznać, bo prawie nie wychodziłem za linię. – Ten jest mój – oświadczył Konstanty. – Od razu wiadomo, bo jest czarny. Czarny to mój ulubiony kolor. – A to jest kolol dziewcynek! – oświadczyła Anna Maria, otwierając książkę na stronie zamazanej od góry do dołu różowymi zawijasami.”

I mniej więcej wszystko wiadomo, prawda? Markus Majaluoma ma cudowną umiejętność uważnego obserwowania rzeczywistości i doprawiania jej odrobiną groteski. Wszystko wygląda niby tak, jak w życiu, ale jest troszeczkę wykrzywione, ciepło wykoślawione i przejaskrawione. Tylko na tyle, by móc się w tym lustrze obejrzeć, rozpoznać i roześmiać. Czytając tę książkę, ma się jednocześnie wrażenie, że wszystko jest tak jak w życiu i jednak nie tak jak w życiu, bo chyba nie znam tatusia, który pozwoliłby swoim dzieciom zapakować do samochodu maszt flagowy. To świetna historia do czytania, bo bawią się przy niej także dorośli, choć czasami śmieją się przy innych rzeczach. Chłopaków rozbawiły majtki tatusia na maszcie flagowym, mnie bardziej monologi Pawła Różyczko (No proszę, rodzina była już gotowa do wyjścia, a on jeszcze nie nakrzyczał na dzieci. Coś wspaniałego! – brzmi znajomo, nieprawdaż?). Autobus Bździąg rozbawił nas wszystkich i bardzo długo o nim rozmawialiśmy.

Piotruś tę książkę bardzo lubi i wysłuchuje w skupieniu od początku do końca, a potem biegnie po następną z serii. Dla mało wprawionych słuchaczy może być odrobinę za długa i troszeczkę przegadana, więc wtedy warto rozłożyć lekturę na raty. Moi chłopcy z dużą przyjemnością oglądają autorskie rysunki Markusa Majaloumy, szczególnie mapy miasta na wyklejkach, na których tropią domek Różyczków. Zresztą na ilustracjach można znaleźć mnóstwo skarbów, takich jak chleb tostowy na półce z książkami. Dopóki sama nie znalazłam kabanosa służącego jako zakładka nie myślałam, że to możliwe.

A na zakończenie cytat z mamy Różyczko:

„Słuchaj, Paweł – powiedziała. – Domyślam się, że mieliście dziś miły dzień, ale gdybym zapytała, skąd przed naszym domem wzięła się ta krowa, to… czy potrafiłbyś mi powiedzieć? – Hmm… nie potrafiłbym – odparł tata. Mama westchnęła głęboko. – Tak też myślałam, moje słońce.”