Mirabelka

„Mirabelka” Cezarego Harasimowicza to ostatnia książka, jaką przeczytałam w 2018 r., jeszcze przed sesją gier planszowych z synami, którą uczciliśmy Sylwestra. Szukałam książki o Historii i o Zagładzie, a znalazłam lekturę opowiadającą o trudnych czasach i splątanych polskich losach. Ta książka uczy, jak patrzeć z nadzieją w przyszłość, jak z przeszłości wyłania się to, co jest dzisiaj i jak my dzisiaj możemy i musimy zadbać o pamięć o tym, co było.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Uprzedzam, wstęp będzie nieco przydługi. Sięgnęłam po „Mirabelkę”, poszukując książek, które pokażą całkiem niedawną historię, tak aby poruszyć, ale nie przerazić. Podczas jednej z rozmów z moim inteligentnym i oczytanym Starszym zrozumiałam, że moje dziecko nie wie niczego o czasach, które dla mnie są ciągle bliskie. To znaczy zna fakty, daty i nazwiska, ale jednocześnie niczego nie rozumie. W ferworze dyskusji nagle palnął, że przecież pobyt w obozie koncentracyjnym, to była taka przygoda, może trochę straszna. Potem nie mógł zrozumieć mojego oburzenia, zgorszenia, złości, a ja zastanawiałam się, czy mogę dać dwunastolatkowi Borowskiego i Hannę Krall do czytania.

Dla mojego pokolenia, wychowanego w czasach późnego komunizmu (tak, tak, pamiętam te czasy), wiedza o tym, czym były obozy koncentracyjne i obozy pracy, jak wyglądała okupacja zdaje się czymś naturalnym. Ciągle jeszcze dowiadujemy się oczywiście, że pewne fakty z naszej historii powinny być interpretowane inaczej, ale wojny doświadczaliśmy nie tylko na podstawie książek. Była obecna w słowach, a czasami w milczeniu Dziadków, w rodzinnych historiach, we łzach ciotek, które zapalały świeczki przy grobie nieznanego żołnierza. Pamiętam obrzydzenie, z jakim moja babcia patrzyła, jak zajadamy się rzepą wyszabrowaną z cudzego ogrodu. Potem, z trudem dobierając słowa, opowiedziała nam o obozie. Dla mojego dziecka to tylko historia, jedna z wielu opowieści o jakiejś babci i jakimś dziadku, których nigdy nie poznał. Z powszechnego obiegu zniknęła literatura obozowa — trudną ją znaleźć na bibliotecznych półkach. Historia w szkole — ech, każdy wie. Dzieci nie widzą grozy, bólu i lęku — za to świetnie bawią się na rekonstrukcjach bitew. Przecież to przygoda… Ściska mnie lęk, że wygładzając przeszłość i chroniąc nasze dzieci przed opowieściami pełnymi bólu, brudu i płaczu wychowujemy pokolenie, które nie rozumie.

Stąd wzięła się w moim domu „Mirabelka” — mądra i przejmująca książka o polskiej historii z przepięknymi, nastrojowymi ilustracjami Marty Kurczewskiej. Na jej rysunki można się patrzeć bardzo, bardzo długo.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Narratorem jest drzewo — zwykła mirabelka, jedna z wielu pokoleń mirabelek rosnących na warszawskim Muranowie. Kto nie zna mirabelek? Słodkich, żółtych jak słońce śliwek, które opadają na ziemię pod ciężarem soku? Bardzo lubimy kompot z mirabelek. Sąsiedzi mirabelki z książki też lubią kompot, dlatego pod drzewo przychodzi Dorka w czerwonym płaszczyku, córka pracownika banku, której mama czytuje poezję, Chaim, syn praczki i kupca handlującego śledziami na Krecelaku, bracia Alfusowie, właściciele małej fabryczki produkującej stroje karnawałowe, Izaak, który tak pięknie gra na skrzypcach, że aż zmieniają się od tego ludzkie serca. Ten Muranów sprzed II wojny światowej to inne miasto, pełne obcych dla nas dzisiaj imion i zwyczajów. Tylko marzenia ludzkie są takie same: o miłości, szczęściu, rodzinie. Mirabelka zna tutaj wszystkich. Dzieci potrafią ją usłyszeć i z nią rozmawiać. Na dorosłych także się stara wpłynąć i czasami jej się udaje.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Młode, radosne drzewko rosnące i dorastające tuż obok swojej mamy jest świadkiem świąt, wesel, ukrytych pocałunków i cicho szeptanych obietnic. Jasna przyszłość zaczyna się jednak chmurzyć, pojawiają się niepokojące głosy, plotki, smutne nowiny. Przynoszą ją mirabelce ludzie i drzewa, bo przecież drzewa też potrafią ze sobą rozmawiać (a kasztany to znani plotkarze). Nadchodzi wojna, a wraz z nią zagłada całego znanego mirabelce świata — tutaj, gdzie rośnie, powstaje getto.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Oczami kolejnych pokoleń mirabelek oglądamy wojnę, powstanie w getcie, odbudowę stolicy. Cezary Harasimowicz prowadzi tę historię aż do naszych czasów. Widzimy Marzec 68 roku, potem stan wojenny i coraz bardziej kolorowy świat, w którym — jak się okazało — niekoniecznie jest miejsce na mirabelki. Na szczęście ta historia ma happy end, i to zarówno w książce, jak i w życiu.

„Mirabelka” opisuje historię prawdziwego miejsca i prawdziwego drzewa, choć nie wszystkie występujące w niej postacie żyły naprawdę. Cezary Harsimowicz dorzucił do opowieści kilka postaci-symboli. Spotykamy na jej kartach Irenę Sendlerową i Mordechaja Anielewicza — pasują tutaj doskonale. W efekcie powstała niezwykle poetycka, wzruszająca i wciągająca opowieść o kolejnych pokoleniach warszawiaków, którzy wracali do swojego miejsca za życia i po śmierci. Opowieść pełna smaków, zapachów i muzyki, w której duchy opiekują się żywymi, ale same pragną być zapamiętane.

Cezary Harasimowicz, Mirabelka

Ciągle myślę o tej książce. O pamięci drzew. O podziemnych miastach, po których chodzimy nieświadomi, że pod stopami ukrywa się wielowiekowa historia zmieciona z powierzchni ziemi, o nieczułości jednych, którzy wycinają drzewo-symbol, bo ważniejsze jest wykorzystanie każdego skrawka terenu, i pasji drugich, którzy o przywrócenie tego symbolu walczą. Mirabelka wróciła na Muranów — blisko miejsca, gdzie rosła pierwotnie. I nie jakaś tam zwykła mirabelka, ale praprawnuczka tej, która od lat obdarzała w tym miejscu ludzi swoimi owocami. Dobrze jest pamiętać i walczyć o to, by to, co ważne, nie zostało zapomniane.

Napijcie się kompotu z mirabelek. A jak nie macie, to poczekajcie do lata i poszukajcie żółtych śliwek. Przy okazji rozejrzyjcie się — może gdzieś koło was też kryje się tajemnica? Może dobre duchy przeszłości ciągle się wami opiekują, mając nadzieję, że ktoś przypomni ich historię?

 

Cezary Harasimowicz, Mirabelka, il. Marta Kurczewska, Zielona Sowa 2018

Reklamy

Jestem miasto. Warszawa

Dzisiaj będzie o pożytkach z grzebania w koszach z książkami w supermarketach. Wiem, wiem — książki najlepiej kupować w małych księgarniach. Takie rozwiązanie ma jednak kilka wad: nie zawsze taka księgarnia jest blisko domu, bywają bardzo złe małe księgarnie, a ceny oferowanych w nich książek czasami zbijają z nóg. Uwielbiam klimatyczne księgarnie, ale większość książek kupuję przez Internet. W koszach grzebię namiętnie, bo w stertach kolorowej bylejakości można znaleźć tam prawdziwe skarby sprzed kilku lat i to za cenę, o której w chwili wydania mogłabym tylko pomarzyć. Nie samymi nowościami żyje człowiek (a dziecku zwykle jest wszystko jedno, aby było ciekawe), a w koszach zdarza mi się trafiać na zachwycające książki, o których nic a nic nie wiedziałem (wiem, wstyd). O jednej z nich chciałabym opowiedzieć, bo zachwyca i mnie, i moje Młodsze (a Tymek też do niej zerknął).

Jestem miasto. Warszawa

„Jestem miasto. Warszawa” to dzieło Marianny Oklejak, której ilustracje bardzo, bardzo lubimy (no gdzie jest kolejna część ciężarówki?). Według informacji z bloga Pani Marianny, książka powstała w 2012 r. i została wydana przez Czułego Barbarzyńcę. Mignęła mi wtedy przez chwilę, bo została wyróżniona przez polską sekcję IBBY. Mignęła i przepadła, a teraz kusiła z supermarketowego kosza. Trafiło do nas wydanie sygnowane przez Wydawnictwo Wilga.

„Jestem miasto. Warszawa” to wspaniały picture book poświęcony Warszawie, a narysowany z wielką miłością. Piotruś z zachwytem i radością ogląda karty, studiuje, czyta nieliczne napisy, których autorką jest Aleksandra Szkoda, a jego uwielbienie dla tej książki cały czas rośnie. A więc zaczynajmy opowieść….

Dawno, dawno temu, w praczasach była sobie knieja. 

Jestem miasto. Warszawa

W lasach mieszkali radośni ludzie, wesołe zwierzęta i całe tłumy magicznych stworzeń. Wyobraźcie sobie, z jaką radością mój Synek wyszukiwał na tej pradawnej ilustracji Warsa i Sawę, wodnika, diabełka z wierzby (u nas jest to Rokita i już!) oraz wiele innych postaci, które Piotrusiowi kojarzą się z baśniami i legendami. Historia dzieje się na naszych oczach, a stare przeplata się z nowym.

Jestem miasto. Warszawa

Na kolejnej karcie przeskakujemy kilka wieków. Jesteśmy w czasach wolnych elekcji. Sobieski buduje dla Marysieńki Marie Mont, na polach Woli szlachta wybiera króla, a Szwedzi walczą pod Białołęką z okrzykiem „Ikea” na ustach. Warszawa wydaje się taka malutka, a Góra Gnojowa taka duża. (Musiałam koniecznie sprawdzić, kto wpadł na pomysł wyrzucania śmieci tuż obok królewskiego zamku, bo Piotrusia ta góra zafascynowała).

Jestem miasto. Warszawa

Groch z kapustą? Może troszeczkę. Marianna Oklejak miesza lata (te sąsiadujące ze sobą) i co chwila zmienia skalę. Jej Warszawa rośnie i maleje, w zależności od potrzeb rysowniczki, ale — wiecie co? — w niczym to nie przeszkadza. To po prostu książka do wędrowania, najlepiej co jakiś czas w towarzystwie dorosłego, który wyjaśni, wytłumaczy, podpowie i razem się pośmieje. Ilustracje można oglądać z góry, z dołu, z boku… Za każdym razem odkrywa się coś ciekawego, interesującego, innego.

Marianna Oklejak prowadzi nas przez lata ważne dla Warszawy. Razem z nią wędrujemy po Warszawie przez czasy burzliwe…

Jestem miasto. Warszawa

…podziwiamy odrodzoną w dwudziestoleciu międzywojennym…

Jestem miasto. Warszawa

…czujemy ścisk w sercu, gdy widzimy, jak walczy…

Jestem miasto. Warszawa

Mamo, to chyba jedyny obrazek, na którym nie ma żadnego żartu, stwierdził Piotruś, który bardzo dokładnie studiował ilustrację poświęconą Powstaniu…

Potem jest już łatwiej. Towarzyszymy stolicy przy odbudowie, przechodzimy przez szary stan wojenny i wkraczamy do miasta, które znamy…. Ruchliwego, światowego, pełnego życia. Książka Marianny Oklejak jest pełna czaru i dowcipu. Śledziliśmy losy polskiego diabła Rokity, tropiliśmy niedźwiedzia, szukaliśmy łosi. Na pełnych szczegółów ilustracjach kryje się mnóstwo żarcików, zabawnych historyjek i anegdot. Mnóstwo tutaj humoru, który rozbawi dorosłego, „czytającego” te ilustracje trochę inaczej, czasami bardziej nostalgicznie niż dziecko.

Jestem miasto. Warszawa

Jeśli zobaczycie książkę Marianny Oklejak na półce w supermarkecie, zabierzcie ją stamtąd bez zwłoki i wrzućcie do swojego koszyka. I sięgnijcie po nią na półce w księgarni, jeśli gdzieś się jakimś cudem ostała. Nie da się z niej nauczyć topografii Warszawy (ale od tego są mapy), za to dowiecie się, dlaczego to miasto tak bardzo wrosło w polską historię. To książka do wspólnego oglądania dla wielu pokoleń i doskonały pretekst, by do Warszawy się wybrać, chociażby po to, by sprawdzić, jak dzisiaj wygląda Góra Gnojowa.

Marianna Oklejak, Jestem miasto. Warszawa, tekst Aleksandra Szkoda, Wydawnictwo Wilga