Galop ’44

Szukałam dla syna książki o II wojnie światowej. Z mojej perspektywy, książki o najnowszej historii. Z jego perspektywy książki o prehistorii, równie odległej, co Piastowie czy rozbiory. Ciągle zaskakuje mnie ta różnica w ocenie. Nie zauważyłam chwili, gdy czasy mi stosunkowo bliskie — może z powodu opowieści wysłuchanych w dzieciństwie, może z powodu programu w szkole, tych wszystkich nielubianych apeli, capstrzyków i pochodów, a może po prostu to różnica pokolenia — stały się odległe i niezrozumiałe dla moich dzieci. No ale oni nie mają babci i dziadka, którzy czasami, bardzo rzadko, wspominali wojnę, a w ich wojennych historiach przewijała się Treblinka, obozy pracy, rozstrzelania, Niemcy i Rosjanie, i przyjaciel, który zginął w lesie. Dziadek prowadził nas w listopadzie na jego grób i opowiadał o tym, który już zawsze będzie mieć 19 lat. Ciągle więc szukam książek, które poruszają, pokazują historię i uczą, że trzeba pamiętać i warto wiedzieć, jak wyglądała tamta rzeczywistość i czym różniła się od zabaw rekonstruktorów.

Monika Kowaleczko-Szumowska, Galop '44

Dzięki poleceniom mądrych ludzi (jeszcze raz bardzo dziękuję autorkom blogów Mała czcionkaMały pokój z książkami za polecenie) trafił do naszego domu „Galop ’44” Moniki Kowaleczko-Szumowskiej — trafił i od razu został zaanektowany przez nastolatków. Ustawiła się kolejka, polecali go sobie nawzajem, a do mnie docierały krótkie i zdawkowe, ale jakże symptomatyczne opinie: że naprawdę ciekawe i że co prawda nie lubi takich podróży w czasie, ale w tej książce dobrze się to rozwiązanie sprawdziło, że nie mogła przestać czytać i bardzo się wzruszyła, że to taka prawdziwa książka i lepsza niż „Zwiadowcy”, że sprawdzali, czy to wszytko prawda. „Galop ’44” zmusił nastolatki do myślenia — przeczytałam więc tę książkę, gdy tylko do nas wróciła.

Przeczytałam — i nie mogę przestać o niej myśleć. Ta lektura łapie dorosłego za serce i ściska za gardło. Starałam się zapanować nad wzruszeniem, ale po prostu się nie dało. W pewnej chwili czytelnik łapie się na tym, że ma mokrą twarz — a akcja jest tak wciągająca, że nie ma czasu na ocieranie łez. Monika Kowaleczko-Szumowska na kartach tej książki pokazała Powstanie — nie pomijając niczego: brudu, humoru, piosenek, lęku, głodu i smrodu, złości, beznadziei, odwagi i brawury, śmiałości i rozsądku, tchórzostwa i siły, szczęścia i pecha. Doskonale wiedziałam, jak skończy się większość tych historii, ale i tak cały czas miałam nadzieję, że może jednak, że może tym razem… Po tej lekturze ma się ochotę pognać do Muzeum Powstania Warszawskiego i popatrzeć na wszystkie eksponaty jeszcze raz, z jeszcze większym szacunkiem i czcią.

Akcja książki dzieje się tutaj i tam — w czasie Powstania. Przez przejście w Muzeum trafia w tamte czasy dwóch chłopców: trzynastoletni Mikołaj, rozbrykany i dość beztroski, z typową dla naszych czasów nieumiejętnością skupienia się na czymkolwiek, entuzjastycznie nastawiony do ludzi i wydarzeń oraz jego siedemnastoletni brat, Wojtek, sceptyczny, małomówny, racjonalny i zamknięty w sobie. Zderzają się dwa podejścia: młodszy brat traktuje pobyt w powstańczej Warszawie jak przygodę — błyskawicznie znajduje przyjaciół i wsiąka w miasto. Starszy najchętniej od razu by stamtąd uciekł. Jego racjonalizm buntuje się w zderzeniu z optymizmem powstańców, bo przecież doskonale wie, jak to wszystko się skończy. Właściwie początkowo jedynym bodźcem do działania jest dla Wojtka chęć wyciągnięcia Mikołaja z powstania i uniknięcia kłopotliwych pytań rodziców.

Chłopcy spotykają ludzi znanych z kart historii — autorka nie wymyślała postaci, tylko zaludniła swoją powieść ludźmi, którzy naprawdę w powstaniu uczestniczyli, których historie odnalazła w archiwum Muzeum lub usłyszała od żyjących powstańców. Na kartach „Galopu ’44” spotkamy Stefana Korbońskiego (ps. Zieliński) i jego żonę Zofię, którzy przygotowywali depesze dla radiostacji „Świt”, Jana Rodowicza, czyli Anodę, Janka Warda, Anglika, który przez całe Powstanie nadawał depesze o sytuacji w Warszawie, Jana Nowaka-Jeziorańskiego, Wiktora Dobrzańskiego. Przewija się tutaj mnóstwo postaci — Monika Kowaleczko-Szumowska dała im twarze, zmieniła definicje z encyklopedii w żywe osoby. Trudniej się myśli o bohaterstwie, trudniej się głosi stereotypowe hasła, gdy tłum zaczyna zmieniać się w pojedyncze osoby.

Nietrudno zgadnąć, że Powstanie zmieniło Mikołaja i Wojtka. „Galop ’44” to jednak nie jest tylko książka o przemianie. Autorka nie ucieka przed trudnymi pytaniami o sens walki, ale odpowiedź pozostawia czytelnikowi. Co jakiś czas w książce pojawia się fragment naświetlający daną sytuację z perspektywy historycznej. Narrator rysuje sytuację na froncie, pokazuje, jakie były przyczyny danej decyzji, a jakie były lub mogły być jej skutki. Obraz nakreślony przez Monikę Kowaleczko-Szumowską jest wielobarwny, zmusza do zastanawiania się, zachęca do własnych poszukiwań, do dalszego poznawania historii walki. Powstanie w jej książce nie jest zabawą, romantycznym zrywem, tylko dramatyczną historią ludzi, którzy coraz mocniej zdają sobie sprawę, że nie są w stanie wygrać. A jednak walczą dalej. Na mnie chyba ciągle najmocniej działają historie tych, którzy przeżyli i zginęli tuż po wojnie z rąk NKWD.

Przeczytajcie „Galop ’44” i dajcie go swoim nastolatkom. Zajrzyjcie z nimi do Muzeum Powstania Warszawskiego, a może na Powązki. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ta książka powinna znaleźć się na liście lektur, bo pokazuje historię ludzi i miasta, a nie suche daty. U mnie będzie czekała na półce na Piotrka.

 

Monika Kowaleczko-Szumowska, Galop ’44, Literacki Egmont 2014

 

Reklamy

Kto to jest patriota?

No właśnie… Piotrek przyniósł takie pytanie ze szkoły i zaczęliśmy się zastanawiać. Kto to jest patriota? Dziecię uznało, że odpowiedź jest prosta… Trzeba bronić ojczyzny i za nią umrzeć. I już! Włosy mi się zjeżyły… A potem opadły, bo przypomniały mi się własne szkolne czasy, „Bagnet na broń”, „ze spuszczoną głową powoli wraca żołnierz z niemieckiej niewoli”, „Czerwone maki na Monte Cassino” i „Kiedy się wypełniły dni i przyszło zginąć latem”. Pewnie moim rodzicom włos się jeżył tak samo jak mi… Nasza polska historia była trudna i krwawa, a teraz moja rola, by zacząć się z dzieckiem zastanawiać, kto jest patriotą dzisiaj. I co to znaczy bronić ojczyzny dzisiaj. I jak można ją chronić z szacunkiem dla innych. Ten trochę przydługi wstęp jest po to, by pokazać książkę, która bardzo pomaga rozmawiać o patriotyzmie i obowiązkach wobec ojczyzny.

Eliza Piotrowska, A ja jestem Polak mały

„A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały” Elizy Piotrowskiej (Czarna Owieczka) to jedna z lepszych książek dla dzieci poruszających temat patriotyzmu i miłości do ojczyzny we współczesnym świecie. Bardzo podoba mi się definicja patriotyzmu, którą tutaj znalazłam:

Patriota to ktoś taki, kto myśli nie tylko o sobie, ale też o innych, nie kłamie, potrafi słuchać, chce się rozwijać i stara się być dobry. 

Eliza Piotrowska, A ja jestem Polak mały

To dopiero początek rozważań. Autorka prowadzi wywód w prosty, zrozumiały dla dzieci sposób. Jest tutaj sporo o tym, co było i dlaczego teraz używamy słowa „ojczyzna” rzadziej niż kiedyś.

Bohaterem książki jest mały Krzyś, który jeszcze nie wszystko rozumie i zadaje dużo pytań — chłopiec na każdym obrazku ubrany jest w koszulkę i majteczki, czego nijak nie mógł zrozumieć Piotrek. Bo niby dlaczego ten Krzyś chodzi w bieliźnie? Warstwa ilustracyjna „A ja jestem Polak mały” może się nie podobać, ale autorce udało się naprawdę dobrze pokazać dylematy współczesnego świata, zaznaczyć, jak różne brzmienia i znaczenia może mieć słowo „ojczyzna” i zadać sporo ważnych pytań. Chociażby takie, co się dzieje, gdy spotka się patriota z patriotą, a każdy z nich pochodzi z innego kraju. Zdarza się wam myśleć o patriotyzmie innych i jak ci inni mogą reagować na nasz patriotyzm?

Eliza Piotrowska, A ja jestem Polak mały

Dobrze było porozmawiać o  tym, co to jest mała ojczyzna i czy ojczyzną może być cały świat. I co to właściwie znaczy. Eliza Piotrowska podrzuca bardzo sensowne odpowiedzi i stawia mądre pytania, które mogą zaskoczyć nie tylko dziecko. Aż dziw, że taka cieniutka książeczka może tak bardzo (pozytywnie) zamącić w głowie i otworzyć oczy. To bardzo nowoczesny i przemawiający do mnie model patriotyzmu, w którym jest miejsce na miłość do symboli, na pamięć o historii i szacunek dla innych oraz mądrą troskę o współczesność.

 

Eliza Piotrowska (tekst i ilustracje), A ja jestem Polak mały, moim krajem jest świat cały, Czarna Owieczka 2013