Dzieci bywają (są) groźne

Piotrek przeczytał tę książkę pierwszy. Właściwie to razem z Zuzanką, tuż po swoich urodzinach u Dziadków. Wspólnie pochłaniali strony, bardzo grzecznie czekając, aż drugie skończy czytać.

Piotr i Zuza przy lekturze

Kiedy zapytałam Piotra później, czy warto przeczytać tę książkę, najpierw na mnie popatrzył, a potem z namysłem powiedział, że chyba nie jestem jeszcze za stara. Osłupiałam. Dziecko wyjaśniło, że książka jest fascynująca i bardzo ciekawa, ale też trochę obrzydliwa. I czasami obleśna. I dorośli takich nie lubią, bo im się wydaje, że dzieci będą tak robić i że dorośli uważają, że one uważają, że to wszystko prawda. A przecież czasami można się pośmiać z prukania i bekania. I to wcale nie oznacza, że samemu będzie się tak robiło. Po tej tyradzie uznał, że wytrzymam i dam radę znieść te historie mimo podeszłego wieku. Hmm, ktoś przyjmuje skargi na dzieci?

David Walliams, Najgorsze dzieci świata

„Najgorsze dzieci świata” Davida Walliamsa to krótkie opowiadania o naprawdę najgorszych dzieciach świata. Niegrzecznych. Paskudnych. Czasami obrzydliwych. O dzieciach, które nie mogą przestać dłubać w nosie, nie potrafią usiedzieć w jednym miejscu, zapuszczają swój pokój lub zadzierają nosa. Brzmi znajomo? Od razu uprzedzam, że takich dzieci, jak te z „Najgorszych dzieci świata” na pewno nie znacie. One są dużo gorsze niż jakiekolwiek inne dziecko. I tak, przy czytaniu raz zrobiło mi się niedobrze, więc jeśli gile, smarki i pierdy sprawiają, że mdlejecie — odpuście sobie przynajmniej opowiadanie o największej babie z nosa na świecie. Do tej pory się krzywię. Zapewniam, że wasze dzieci raczej je przeczytają. I pewnie będą zachwycone. Może nawet, tak jak Piotrek, będą wam towarzyszyć przy czytaniu, żeby upewnić się, że odpowiednio zrozumieliście niektóre fragmenty i śmiejecie się w odpowiednich miejscach?

David Walliams, Najgorsze dzieci świata

Sama książka wygląda przepięknie, świątecznie i uroczyście. Czerwona, intensywna obwoluta, złote litery, no i mnóstwo charakterystycznych ilustracji Tony’ego Rossa — tym razem w kolorze, inaczej niż w poprzednich książkach Walliamsa wydanych przez Małą Kurkę. Piotrek co prawda szybko ściągnął obwolutę, bo mu przeszkadzała w czytaniu, ale bez niej książka wygląda równie atrakcyjnie. A może nawet trochę bardziej, bo okładka od razu skojarzyła się mojemu synowi (i słusznie) ze zdjęciami podejrzanych.

David Walliams, Najgorsze dzieci świata
W środku przyciąga wzrok nietypowe rozłożenie tekstu na stronie i różne kroje liter — to naprawdę doskonała praca edytorska. Chylę czoła przed tłumaczką, Karoliną Zarembą, która wykonała gigantyczną pracę. Liczba synonimów na określenie puszczania bąków po prostu wbiła mnie w ziemię. Ze zdumienia, że jest ich aż tyle, i z zachwytu, że tłumaczka potrafiła je tak sprawnie wykorzystać. Tłumaczenie „Najgorszych dzieci świata” na pewno nie było proste.

David Walliams, Najgorsze dzieci świata

Walliams pokazuje w swoich opowiadaniach wady dzieci. Wyolbrzymia je tak straszliwie, że przestają być w jakikolwiek sposób wiarygodne, stają się niesamowicie śmieszne  i groteskowe. Możemy przejrzeć się, jak w lusterku w historiach dziesięciorga bohaterów — Stacha Ślinotoka, Weroniki Wiercipiętki, Magdy Mazgaj, Wicia Wszarza, Gutka Gmeracza, Beci Bajzel, Wietrznej Wikty, Mądralińskiego Minga, Drętwego Dariusza i Kanapowej Kryśki. Myślę, że niejeden dorosły mógłby zobaczyć w przerysowanych portretach Walliamsa kawałeczek siebie. I potem odetchnąć z ulgą, że jednak nie jest z nim tak źle. A jak powiada Piotrek — najfajniejsze są zakończenia i morały. Bo jak wiadomo z okładki, ta książka zawiera dziesięć cudownie okropnych opowiadań. A co do morałów, to musicie uwierzyć mojemu synowi albo sprawdzić samemu. Czasami przy lekturze miałam wrażenie, że Walliams bawi się konwencją moralizatorskich bajeczek dla dzieci z przełomu XIX i XX wieku, tylko dostosowuje je do naszych czasów i do wrażliwości dzieci wychowanych na „Wujciu Dobrej Radzie”.

Aaa, mój syn koniecznie kazał dopisać, że w książce jest też Raj z Kiosku. Fani Walliamsa będą wiedzieć o kogo chodzi. Mój syn kilka razy się upewniał, czy uważnie przeczytałam komentarze Raja i czy zauważyłam, że będzie kolejny tom. Zauważyłam. Będzie. Czekamy.

 

David Walliams, Najgorsze dzieci świata, tł. Karolina Zaremba, Mała Kurka 2018

Reklamy

1001 obrzydliwych obrzydliwości

Wiecie co? Są takie książki, które do dorosłych nijak nie mogą trafić. A do dzieci, szczególnie chłopców — i owszem. Taką książką jest „1001 obrzydliwych obrzydliwości” Anne Rooney (Wydawnictwo RM).

1001 obrzydliwych obrzydliwości

Co to właściwie jest? Hmm, coś w rodzaju leksykonu zbierającego najbardziej dziwaczne, obrzydliwe i wstrętne fakty przyrodnicze i historyczne. Książkę podzielono na kilka rozdziałów. Są tutaj „Obrzydliwe fakty o ludzkim ciele”, o jedzeniu, o zwierzętach, „Obrzydliwe fakty historyczne”, „Obrzydliwe fakty naukowe” i „Obrzydliwe rekordy świata”. Każdy fakt czytany osobno nie razi — no cóż, podobne informacje można spotkać w niejednym artykule w sieci, ale zebrane razem momentami tworzą mieszankę wybuchową — dla dorosłego.

1001 obrzydliwych obrzydliwości

Książka jest utrzymana w tonacji czarno-białej i dość oszczędnie ilustrowana (to raczej zaleta). Kolejne informacje są króciutkie, niektóre dość neutralne, inne dość obrzydliwe i bardzo różnorodne. Dzieci mogą się dowiedzieć z tej książki, że ośmiornica może odbudować swoje macki, że mumiom można zdjąć odciski palców, a szkockie dudy wytwarzano z owczej skóry lub baraniego żołądka.

1001 obrzydliwych obrzydliwości

Niezbyt przerażające? To może kilka ciekawostek kulinarnych. Na wyspach Samoa zjada się peklowane meduzy, w starożytnych Chinach delektowano się potrawami ze smażonych myszy, a w XVII wieku lekiem na malarię były obtaczane w mące pająki. Można się także z tej książki dowiedzieć, że skóra dorosłego człowieka zajęłaby na podłodze 1,67 metra kwadratowego, a wszy potrafią dopasować swój kolor do koloru włosów żywiciela. Momentami ta lektura bywa fascynująca.

Książka tworzy zabawy przekładaniec humoru, obrzydliwości i nauki. Tymek stwierdził, że nie da jej się czytać długo, ale powinna leżeć na wierzchu. Zawsze można ją wykorzystać i wysłać kolegom zabawnego esemesa (wasze dzieci też się porozumiewają w ten sposób?). Można się bawić z przyjaciółmi i czytać ją na wyrywki — jest szansa, że nie trafi się na żadną obrzydliwość, a dowie się sporo. Przy odrobinie szczęścia/pecha można jednak trafić na same paskudztwa. Ale powiedźcie szczerze, czy jest jakieś dziecko, którego paskudztwa nie fascynują?

 

Anne Rooney, 1001 obrzydliwych obrzydliwości, Wydawnictwo RM 2016