Mitologia i labirynty

Wiem, wiem, wszyscy już widzieli. Każdy miał w ręku. Na każdym blogu już było. Co ja poradzę, że jakoś mi trudno ostatnio znaleźć czas na pisanie? Ale o tej książce muszę napisać — i to nie tylko dlatego, że wpasowuje się w mitologiczną pasję Młodszego. Po prostu jest wspaniała i piękna — rację mieli ci wszyscy, co tak pisali. Wcale nie jest dla małych dzieci, a osoby o słabszym błędniku zaczyna na jej widok boleć głowa. Poznajcie „Nić Ariadny” Jana Bajtlika.

Piotr czyta Nić Ariadny

„Nić Ariadny” poraża. Naprawdę. To bardzo przemyślana opowieść o greckiej mitologii oferująca dużo więcej niż piękne labirynty. Labirynt to tylko pretekst i gra w skojarzenia. Zagadki są jednak jak najbardziej realne. Z każdego labiryntu zawsze jest tylko jedno wejście i jedno wyjście. Droga zwodzi na manowce, zakręca i łudzi. Czasami wydaje się, że już blisko, że za chwilę uda nam się przejść dalej. Nie wierzcie, to złudzenie. Będziecie przez te labirynty podróżować długo, poznając przy okazji greckich bogów i herosów, pałacowe freski i potwory zaludniające wyobraźnię starożytnych. Przyda się nić Ariadny, a czasami pomoże wiedza. Każdą rozkładówkę można oglądać długo, błądząc z ogromną przyjemnością. Samo przejście przez labirynt staje się wtedy dużo mniej istotne.

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Piotrek spędził masę czasu przy ilustracjach, które na pierwszy rzut oka wydawały się statyczne. Długo zastanawiał się nad historią Syzyfa, badał kadry, pozycje i warianty — na pozór monotonna strona zafascynowała go na długo, wcale nie dlatego, że nie potrafił znaleźć wyjścia.

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik stworzył pełną, barwną i niesamowicie wciągającą opowieść o starożytnym świecie. Znajdziecie tutaj genealogię greckich bogów i herosów, a także wiele mitów i opowieści ważnych dla europejskiej kultury. Autor książki powoli wprowadza czytelnika w dawny świat. Uważny czytelnik-oglądacz dowie się, jak Grecy postrzegali świat, jak mieszkali, tańczyli i świętowali. Jan Bajtlik prowadzi nas przez świat najbardziej znanych mitów (spotykamy tutaj m.in. Prometeusza, Minotaura, Jazona, Heraklesa, Syzyfa czy Edypa). Poznajemy także Wojnę Trojańską i dowiadujemy się, jak Odyseusz wracał do domu.

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Jan Bajtlik, Nić Ariadny

Na końcu książki zebrano trochę przydatnych informacji — to pomoc dla tych, którzy mitologię pamiętają tylko ze szkoły. Przy każdej rozkładówce znajduje się podpowiedź, na której stronie szukać potrzebnych informacji. One naprawdę się przydają, bo nie tylko dziecko ma ochotę dowiedzieć się, dlaczego Tyfona uwięziono w Etnie. Nie wierzę także, że młodego czytelnika nie zainteresują mityczne bestie: Meduza, smok tebański, tryton, sfinks czy hydra lernejska — w tej książce znajdziecie ich dużo, dużo więcej.

Zachwycam się jak inni? No to co? To książka, która uwiedzie dorosłego tak samo, jak dziecko. Równie dużo czasu potrafi spędzić przy niej rodzic, dziadek, co dziecko. Do „Nici Ariadny” na pewno będziemy często wracać. Dla mnie konwencja labiryntu to tylko pretekst i zabawa, która prowadzi nas przez starożytny świat pokazany tak ciekawie, że nie ma się wcale ochoty szukać z niego wyjścia.

 

Jan Bajtlik, Nić Ariadny. Mity i labirynty, Dwie Siostry 2018

Czy to pies, czy to bies?

Wiecie, jak odróżnić psa i leśnego demona? Jeśli nie, to łatwo możecie się dowiedzieć. Wystarczy, że zajrzycie do książki „Czy to pies, czy to bies, czyli zbiór słowiańskich stworów” napisanej przez Łukasza Loskota, a zilustrowanej przez Kamilę Loskot (Wydawnictwo OVO).

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Bardzo mi się ta książka podoba. Ze stonowanej okładki (jest bardziej szara niż na moim zdjęciu) spogląda na nas sympatyczny stwór, częściowo ukryty za pniem drzewa. To bies — nie dajcie się zwieść jego sympatycznej buźce, nie warto robić z nim interesów. Kreska Kamili Loskot jest nowoczesna, a jednocześnie niesamowicie porusza wyobraźnię. Jej ilustracje są baśniowe, ale gdzieś w tle czai się nostalgia. A może tylko ja dośpiewuję sobie tęsknotę za światem, któremu pozwalamy odejść?

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Dawno już nie widziałam książki, która zaczyna się wierszowanym wstępem. Ten wstęp przypomniał mi dzieciństwo i wiersze Janiny Porazińskiej — jej „Psotki i śmieszki” kojarzą mi się z dzieciństwem i sięganiem do ludowej wyobraźni. Od razu miałam dobry nastrój. Sami posłuchajcie:

Różne są cuda na świecie

Niektórych jednak nie widać

Skrzat koniom grzywy zaplecie

Rusałka nawarzy mu piwa

W głębokich borach i łanach

Mieszkają mityczny stwory

Czasami umilą nam życie

Czasami nauczą pokory

Po takim wstępie po prostu chce się zajrzeć dalej.

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Spotkacie w tej książce dwanaście baśniowych stworów ze słowiańskich bajek i legend. Dowiecie się, jak psoci strzyga, czego strzegą plonki, kogo lubi licho. Nie są to wyłącznie dobre postacie, bo przecież w legendach i baśniach tych dobrych wcale nie ma za dużo. Większości z nich lepiej nie spotykać. Łukasz Loskot o każdej z nich napisał z sympatią. Dawne czasy przeplatają się tutaj ze współczesnością, bo dlaczegoż to południca nie miałaby od czasu do czasu skorzystać z solarium? Opowieści napisane są prostym, bardzo ładnym językiem — nie jest to bajka, ale ale daleko temu opisowi do suchego hasła z leksykonu. Na przykład takie latawce „żyją przytwierdzone ognistymi okowami do sklepienia nieba. Nikt ostatecznie nie może stwierdzić, czy są to istoty dobre, czy też złe i dlaczego tkwią uwięzione w taki sposób. Faktem jest, że od początku czasu z wysokości obserwują nasze życie. Kiedy Latawcowi wpadnie w oko jakaś wytworna dama czy wiejska dziewka, zrywa swoje łańcuchy i spada na ziemię. Zamienia się w przepięknego chłopca, któremu żadna dziewczyna nie może się oprzeć”. (s. 56) Mimo takiego wstępu, potem okazuje się, że jedna sprytna się znalazła. Narracja łączy elementy stare, ludowe z bardzo nowoczesnym sposobem opowiadania, przez co tekst jest zrozumiały, przystępny, a przede wszystkim rozbudza ciekawość. Po tej lekturze ma się ochotę na więcej — czytelnika aż korci, żeby zajrzeć do starych baśni i poszukać opowieści, które przytacza autor.

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Kamila i Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies

Książka jest wyrazem ciekawości mitologią słowiańską. Autorzy nie poprzestają na kilku faktach. Starają się tchnąć w baśniowe postacie nowe życie, osadzić je we współczesnym świecie, pokazać, że świetnie pasują do nowoczesnej wyobraźni. A w słowniku dziecka pojawiają się nagle chmurniki, zmory, utopce i domowniki, fantazja karmi się nowymi-starymi historiami, a stare baśnie zyskują nowe życie. Nie wiem, czy wolę tę książkę oglądać, czy czytać, bo ilustracje są naprawdę świetne — tracą na moich zdjęciach, bo po pierwsze, jak sami wiecie, nie umiem robić zdjęć, a po drugie, książka została wydrukowana na kredowym papierze, więc wszystko się na fotografii błyszczy. Ale i tak warto ją mieć, jeśli macie ochotę przybliżyć dzieciom słowiański świat wyobraźni.

Łukasz Loskot, Czy to pies czy to bies, il. Kamila Loskot, Wydawnictwo OVO 2017

Strach ma, być może, wielkie oczy – czytamy Księgę potworów

Kto? Jak to, kto? Bazyliszek,

potwór groźny i opryszek,

co wzrokiem w kamień zamienia,

w dodatku z zaskoczenia.

Bardzo, bardzo lubię inteligentne wiersze dla dzieci. Takie, od których nie bolą mnie zęby i nie mam ochoty wyć do księżyca. Mogą być różne: poważne, smutne, wesołe — wszystko jedno, ważne, żeby były dobre. Otwarcie więc przyznaję, że uwielbiam poezję Michała Rusinka dla dzieci. Lubię Wierszyki domowe, Jak przekręcać i przeklinać, a teraz dołączyła do nich Księga potworów

Księga potworów

Czytałam ją z Piotrusiem i miałam coraz lepszy humor, a moje dziecko uśmiechało się coraz szerzej. Choć może należałoby powiedzieć, że uśmiechało się od początku, gdy tylko usłyszało o czułkach, przyssawkach, parzydełkach, nibyodnóżkach, nibybutkach i innych odwłoczkach i skrzydełkach strachów. Widziałam, jak z każdym słowem oczy Piotrusia zaczynają mocniej błyszczeć, a na buzi pojawia się coraz szerszy uśmiech. Mamo, czytaj dalej…. — fajnie to słyszeć podczas lektury. Synek kazał potem słuchać Tacie i Starszemu, a to najlepiej świadczy, że się podobało.

Księga potworów

Michał Rusinek stworzył bestiariusz dla dzieci. Stworów jest trochę, przedstawianych według alfabetu, żeby był porządek. Zaczynamy od bazyliszka, kończymy na yeti, a pomiędzy nimi spotykamy smoka i Minotaura, rusałki i utopca, syrenę i chimerę, nibelunga i walkirię (tak, tak), a na końcu rusinki i delatury na dokładkę — potwory raczej kulturalne. Potem możemy zajrzeć do objaśnień, o których za chwilę. Autor bawi się konwencjami i językiem. Na przykład tak:

Gnom

ma naturę złom.

(a poprawnie złą).

Przez istotę tą

(a poprawnie tę)

z przerażenia drżę,

bo choć mała jest,

umie kopnąć fest!

Wiersze nie są długie, ale widać w nich radosną zabawę słowem, rymem, skrótem czy metaforą. Są takie, które opierają się na jednym rytmie, inne płyną szerzej i dają oddech, by za chwileczkę się skończyć (mamo, czemu ten wiersz o krakenie jest taki krótki?). Michał Rusinek nawiązuje do współczesnego świata, bawi się skojarzeniami — miałam wrażenie, że dzieli się z czytelnikiem radością tworzenia i dobrze się przy tym bawi.

Księga potworów

Ilustracje Daniela de Latoura to dodatkowy atut tej książki. Są zabawne, inteligentne, ciekawie współgrają z wierszami. Książka jest pięknie zakomponowana — tekst płynie i przenika się z obrazami, czasami jeden wiersz zakomponowany jest na kilku stronach, co początkującemu czytaczowi Piotrusiowi sprawiło trochę kłopotów, ale jednocześnie bardzo go bawiło — mój Młodszy czytał te wiersze prawie jak komiks, interesowała go zarówno warstwa tekstu, jak i język obrazu.

Uzupełnieniem książki jest alfabetyczny spis potworów wraz z objaśnieniami autorstwa Magdaleny Chorębały i Karoliny Przybysławskiej. 

Księga potworów

Tutaj zawył z radości Starszy, bo objaśnienia są pełne odniesień do współczesności. Mamy tutaj nawiązania m.in. do Tolkiena, Harry’ego Pottera i Warcrafta, a nawet Arielki. Świetny pomysł, który uświadamia dzieciom — po początkowym zachwycie Tymek zauważył to ze zdziwieniem — że starożytne potwory ciągle zaludniają masową wyobraźnię, choć przeskoczyły do gier i filmów.

Książkę przynieśliśmy z biblioteki, ale Piotr po pierwszej lekturze zażądał wycieczki do księgarni. Przecież tak fajną książkę koniecznie trzeba mieć na półce, to oczywiste. Zaczął też zbierać materiał do własnej księgi potworów z ilustracjami, może nie aż tak erudycyjnej, ale niezmiernie oryginalnej. Jako pierwszy powstał dziwak-mucha.

Michał Rusinek, Księga potworów, il. Daniel de Latour, Wyd. Zwierciadło 2016