Zgniłobrody i luneta przeznaczenia

Przeglądając listę laureatów Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego zauważyłam, że tegorocznych nominowanych znamy z chłopakami całkiem nieźle, ale książki z poprzednich lata to już coś innego. Olśniło mnie, że przecież Bzika i Makówkę (wydawnictwo Nasza Księgarnia) mamy w audiobooku (czytała Joanna Pach), a że właśnie jechaliśmy do Babci zbierać jabłka… Okazja sama się prosiła: słuchaliśmy historii Zgniłobrodego przez całą drogę (długość okazała się idealna na prawie trzygodzinną podróż: zaczęliśmy pod naszym domem, skończyliśmy pod babcinym) i mieliśmy dużo zabawy. A potem Tymek wygłosił listę zastrzeżeń (całkiem sensownych), ale o nich może na końcu.

Zgniłobrody i luneta przeznaczenia

Bohaterami książki Rafała Witka są Gabrysia Bzik (naznaczona przez swoje nazwisko, bo przecież nikt nie podejrzewałby jej o złe zamiary, gdyby nazywała się Grzeczniutka) oraz Nilson Makówka, zafascynowany kodeksami i przepisami. To pierwsza książka o przygodach szalonej pary przyjaciół, jaką przeczytaliśmy/odsłuchaliśmy i mam wrażenie, że nie ostatnia, sądząc po rżących odgłosach, jakie dochodziły z tylnego siedzenia samochodu. Bo i było się z czego śmiać.

Zgniłobrody i luneta przeznaczenia

Przyjaźń Gabrysi i Nilsona zaczęła się na dywaniku u dyrektora szkoły (w gabinecie, w którym nie było żadnego dywanu). Gabrysia trafiła tam za pisanie liścików na lekcji, a Nilson za obronę prawa Gabrysi do prywatności — ten fragment akurat brzmiał bardzo przekonująco i wiarygodnie. Po lekcjach dzieci postanowiły posiedzieć chwilę pod mostem (w domu jest nudno, a rodzice pozwalają wyjść najwyżej do piaskownicy — co mają tam robić trzecioklasiści?), gdzie spotkały bardzo dziwnego, agresywnego i wygłodniałego jegomościa. Wytłumaczenie, że to po prostu bezdomny wariat jakoś Gabrysi nie przekonało, więc rozpoczęła razem z Nilsonem śledztwo, które doprowadziło ich do zaskakującego odkrycia. Pod mostem koczował najprawdziwszy pirat, bukanier, złowrogi kapitan Zgniłobrody (sami się domyślcie, skąd wzięło się to przezwisko) przybywający prosto z XVII wieku. Dzieciaki postanowiły go zresocjalizować — to akurat pomysł Nilsona — nie spodziewając się, ile może to sprawić przedziwnych kłopotów.

Zgniłobrody i luneta przeznaczenia

W książce przygoda goni przygodę, a niektóre pomysły autora wywoływały u moich synów ataki śmiechu. Piotrek chichotał podczas rozmowy Gabrysi z antyterrorystami, Tymek gruchnął śmiechem, gdy słuchał relacji z cudownego konkursu historycznego (no jak, co byście woleli: prelekcję o Powstaniu Warszawskim? Może jakieś inne powstanie? II wojnę światową? Barwną i krwawą opowieść o bukanierach? No to drugie pytanie: co woleliby nauczyciele?).

Książkę Rafała Witka odsłuchaliśmy z przyjemnością i naprawdę umiliła nam podróż. Chłopcy się świetnie bawili, a ja nie zgrzytałam zębami ani się nie nudziłam, a czasami tak bywa, gdy słucham literatury dla dzieci. To fajna, ciekawa i wciągająca lektura, która z humorem pokazuje szkolną rzeczywistość i przykuwa uwagę.

Teraz przyszła pora na kilka „ale”, które zgłosił Tymek: Po pierwsze, dzieci w klasie trzeciej nie dostają świadectw z czerwonym paskiem, bo one są dopiero od czwartej klasy. Po drugie, Gabrysia nie dostałaby takiego świadectwa, bo by miała raczej „nieodpowiednie” z zachowania, po tym jak narozrabiała — i nic by jej nie uratowało. Po trzecie, kiedy ten pirat nauczył się obsługiwać silniki spalinowe, skoro pochodził z siedemnastego wieku i jakim cudem dzieciaki rozumiały jego angielszczyznę? 

No tak, muszę zgodzić się z synem, książka mogłaby być odrobinę mniej naiwna i — odrobinkę lepiej — odpowiadać rzeczywistości, ale co tam. Przygody Bzika i Makówki bardzo nas wciągnęły i nie możemy doczekać się kontynuacji. Chyba znowu padnie na audiobook, żebyśmy mogli słuchać razem.

Zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa Nasza Księgarnia.

Rafał Witek, Bzik i Makówka przedstawiają: Zgniłobrody i Luneta Przeznaczenia, Nasza Księgarnia 2014

Reklamy

Niewidzialny Tonino, czyli o tym, czy niewidzialność jest super

Żeby tak stać się niewidzialnym… — chyba każde dziecko (a i dorosły pewnie też) choć raz w życiu o tym marzyło. Jakie to byłoby wspaniałe! Jaka doskonała okazja do żartów, robienia dowcipów i rozrabiania. A na dodatek pełna bezkarność — trudno się dziwić, że niewidzialność to, chyba odwieczne, marzenie ludzi.

Tonino, bohater powieści Gianniego Rodari „Niewidzialny Tonino” (Wydawnictwo Bona), na własnej skórze przekonał się, co się dzieje, gdy zdobywamy niewidzialność. Stał się niewidzialny trochę przypadkowo i właściwie nie wiadomo jak. Po prostu bardzo chciał być niewidzialny (wiecie, jak to jest, gdy się idzie do szkoły coraz wolniej i wolnej, bo ciąży świadomość, czego się nie zrobiło dzień wcześniej) i nagle odkrył, że JEST niewidzialny.

ToninoNa początku było wspaniale. Mógł płatać psikusy kolegom z klasy i drażnić nauczyciela. Bez problemów wyszedł ze szkoły, gdy znudziło mu się dokuczanie innym. A potem robił to, na co miał ochotę: jeździł bez biletu tramwajem, poszedł do kina, oczywiście na gapę, ukradł parę ciastek z cukierni. Im dłużej jednak rozrabiał, tym było mu ciężej i tym trudniej było mu cieszyć się nowo nabytą zdolnością. 

Nie chcę opowiadać całej bajki, żeby nie zepsuć lektury, bo naprawdę warto do tej książki zajrzeć. Tymek połknął ją błyskawicznie, a potem stwierdził, że jest bardzo ciekawa, mimo że nie ma w niej superprzygód i fantastycznych stworów. Nie byłam pewna, czy mój młodszy syn zrozumie tę historię, ale Piotruś jak zwykle mnie zaskoczył. Początek był trudny, ale potem nie mógł się doczekać, co będzie dalej i długo rozmawialiśmy, co jest ważne, czy warto być niewidzialnym i czego on sam bałby się wtedy najbardziej.

Historia napisana przez Gianniego Rodari jest odrobinę niedzisiejsza — mało który współczesny autor zwraca dzisiaj bezpośrednio do czytelnika, tłumacząc zachowania bohatera. W lekturze to w ogóle nie przeszkadza. Za to w pamięci zostają celne zdania, które chciałoby się zapamiętać i o których można długo, długo rozmawiać.

Ale skoro jesteś niewidzialnym chłopcem, to dlaczego ja ciebie widzę?

— Nie mam pojęcia. A ty jak myślisz?

— Może dlatego, że jestem ciągle sama. Nikogo obok mnie nie ma, nikt się ze mną nie bawi. W pewnym sensie mnie też nikt nie zauważa: jestem prawie tak samo niewidzialna jak ty. […] Kto wie — mówiła dalej Paola zamyślona, pociągając za warkocz — kto wie, ilu jest takich niewidzialnych ludzi na świecie.

Atmosfera opowieści powolutku narasta i gęstnieje. Wszystkie przygody Tonino wydarzyły się jednego dna, a Rodari potrafił pięknie pokazać, jak chłopiec w tym czasie dorasta i poważnieje, jak dochodzi do bardzo poważnych odkryć i zaczyna się zastanawiać, co jest w życiu ważne, co potrzebne i co najważniejsze. Cieszę się, że moi chłopcy mogli przeczytać tę książkę i mam nadzieję, że będziemy do niej wracać.

A na koniec jeszcze jeden smakowity cytat:

— To jakieś głupie zadanie: kupiec nabył 2347 metrów materiału, po 45 lirów za metr, i chce go sprzedać za 177 879 lirów: ile zarobi?

— To proste […]

— Proste, ale głupie — skwitowała Paola. — Widziałeś kiedyś handlarza, który kupowałby prawie dwa i pół kilometra tego samego materiału? Nigdy by go nie sprzedał! Przecież wszyscy ludzie nie mogą nosić ubrań w tym samym kolorze! I jeszcze ta cena: czterdzieści pięć lirów za metr! Kto widział takie tanie materiały? W jakim kraju żyje ten pan, który wymyślił to zadanie? Pomagam mamie prowadzić domowe rachunki i wiem, ile to wszystko kosztuje. I wiesz, co ci powiem? Że nigdzie nie widziałam tylu bzdur, co w szkolnych zadaniach…

Gianni Rodari, Niewidzialny Tonino, Wydawnictwo Bona 2011

Aurelka

„Maleńkie królestwo królewny Aurelki” autorstwa Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel zakupiłam na prezent dla córeczki naszych przyjaciół. Tymek popatrzył na okładkę, zajrzał do środka i zażądał lektury: bo tu jest zamek mamo. I może będzie smok… Przecież jak jest królewna, to musi być smok, nie?

 

Oczywiście był smok, choć może trochę inny niż Tymek sobie wymyślił. Smok Ryszard, czyli ZNSO — Zupełnie Niegroźny Smok Ogrodowy, model pokojowy 223 P. A Tymek polubił Aurelkę przeogromnie i przez jakiś czas chętnie wskakiwał do łóżka, aby tylko usłyszeć, co będzie dalej.Aurelka to dziewczynka, która pewnego dnia dostaje paczkę. A w paczce królestwo — maleńkie królestwo, jej własne. Na dodatek całkiem malutki Wielki Ochmistrz ma eliksir dopasowujący i Aurelka — a właściwie teraz Królewna Aurelka — może zacząć zarządzać własnym królestwem. Któraż dziewczynka nie marzy o tym, by zostać królewną, spotkać królewicza, chodzić w najpiękniejszych sukniach na świecie i móc robić, co jej się podoba? Tyle że rządzenie królestwem, nawet całkiem malutkim, okazuje się wcale nie takie proste. Aurelka musi zmienić swoje przekonanie o tym, co wolno królewnie i co ona może lub musi robić. Tron okazuje się twardy, suknie niewygodne, a królewicz zarozumiały. A gdy już upora się z najpoważniejszymi problemami, czeka ją spotkanie z czarownicą Jagą i gadającym wilkiem Arnoldem.

Roksana Jędrzejewska-Wróbel cudownie bawi się konwencją, przekształca schematy znane z innych bajek, zmusza dziecko do myślenia i zastanawiania się. Mamo, czy na pewno tak było? – dopytywał się co jakiś czas Tymek. Myślisz, że ten wilk ma rację?

Aurelka ma cechy zwykłej dziewczynki: lubi się bawić, jest ciekawa świata i ma masę pomysłów. Czasami się złości i obraża, czasami nie wygląda ładnie. Budzi sympatię. To nie jest plastikowa, idealna księżniczka w wersji różowej. To czująca, wrażliwa, współczesna dziewczynka, która nie ma ochoty udawać, że najpiękniejsza na świecie suknia jest wygodna, a wyglądanie z wieży najciekawsze na świecie.

Bajkę czyta się doskonale. Rozdziały nie są zbyt krótkie ani zbyt długie. Bajka jest bardzo starannie wydana: wysmakowany, dopracowany i zabawny tekst wspaniale uzupełniają jakby pastelowe i trochę dziecinne ilustracje Jony Jung. A do tego różowa wstążeczka-zakładka. Doskonała lektura dla małych księżniczek, pokazująca im, że są także inne królewny niż te z Disneya. I dla małych książąt też. Rodzice również nie znudzą się przy czytaniu.
Tymek po lekturze stwierdził, że może nie warto walczyć z każdym smokiem. Nie podobało mu się tylko zakończenie (moim zdaniem, bardzo konsekwentne i mądre), tak bardzo chciał jeszcze słuchać i słuchać o przygodach Aurelki. Obraziłem się, bo nie chcę, żeby się już skończyło. I już!