Szkoła (hurra!), szkoła (bleee!)

Od kiedy Piotruś chodzi do szkoły, jego stosunek do tej instytucji zmienia się z dnia na dzień i mieni jak w kalejdoskopie. Czasami szkoła jest super i synek chętnie do niej biegnie. Czasami jednak uczenie się przestaje być przyjemnie, zajęcia dłużą się w nieskończoność, a koledzy i koleżanki zamieniają się w krzykliwe potworki. Wtedy słyszę błagalne: czy mogę nie iść do szkoły?… Albo: czemu trzeba chodzić do szkoły?? Zapewne to znacie… Dyskusji o szkole nie mam zamiaru rozpoczynać, bo to temat, który można drążyć bez końca 🙂 A na szkolne marudzenie u nas najlepiej pomaga (no może oprócz porządnego przytulania) czytanie zabawnych książek o szkole. Na przykład tych napisanych przez Davide’a Cali, a zilustrowanych przez Benjamina Chauda.

Spotkanie z tą parą twórców zaczęliśmy od „Nie odrobiłem lekcji, bo…” 

Nie odrobiłem lekcji, bo

Zajrzeliśmy do książki, a potem słychać było tylko zbiorowe wybuchy śmiechu. Davide Cali stworzył cudowny zbiór najdziwniejszych wymówek wspaniale zilustrowanych przez Benjamina Chauda. Zastanówcie się sami, dlaczego można nie odrobić lekcji. Pamiętacie własne wymówki? Ja pamiętam, jak kolega tłumaczył się, że nie ma zeszytu, bo wpadł mu do garnka, w którym mama gotowała krówki. Wymówki Davide’a Cali są dużo bardziej kreatywne.

Nie odrobiłem lekcji

Nie odrobiłem lekcji

Nie odrobiłem lekcji

Kiedy Piotruś już się wyśmieje to syta, zaczynamy własną zabawę w wymyślanie wymówek. To nic, że czasami tylko lekko udaje nam się przetworzyć te zaproponowane przez autorów książki, zabawa i tak jest przednia.

Niedawno trafiła do nas druga książka „Spóźniłem się do szkoły, bo…”.

Spóźniłem się do szkoły

Trudno chyba o zabawniejszą historię drogi do szkoły. Na dziecko czają się przeróżne przeszkody, od wojowników ninja po Czerwonego Kapturka. Nic dziwnego, że bardzo trudno do szkoły dotrzeć na czas.

 Spóźniłem się do szkoły

Spóźniłem się do szkoły, bo

Doskonała zabawa: można wymyślać własne wymówki, można się zastanawiać, co spotka nas w drodze do szkoły (a jak w parku napadną na nas wściekłe wiewiórki, zamkną w dziuplach i nie wypuszczą, aż nie przyniesiemy okupu?). Przede wszystkim jednak można śmiać się, aż do bólu brzucha, co w szkole albo po szkole bardzo się przydaje. Tekstu jest tutaj maleńko, więc nawet taki czytacz jak Piotruś, który wybiera książki według nietypowego klucza (liczy się wielkość czcionki i ilość tekstu na stronie) nie narzeka, tylko dzielnie czyta. A mi trochę szkoda, bo te książki ogromnie mi się podobają. 

Zdjęcia pochodzą ze strony Wydawnictwa Dwie Siostry.

Davide Cali, Nie odrobiłem lekcji, bo…, il. Benjamin Chaud, Dwie Siostry 2013

Davide Cali, Spóźniłem się do szkoły, bo…, il. Benjamin Chaud, Dwie Siostry 2015

Reklamy

Duch z butelki, czyli jeszcze raz o Uno i Mattim

Całkiem niedawno pisałam o spotkaniu Mattiego i Uno z yeti, więc wypadałoby opowiedzieć o innej książce. „Duch z butelki” przywędrował do nas w worku Mikołaja, Piotruś od razu polubił tę opowieść, więc na blogu też pojawi się od razu. Tymek, zaglądając mi przez ramię (nie cierpię tego zwyczaju mojego syna), stwierdził, że „Yeti” to ciekawsza historia i już, ale ta druga też może być.

Duch z butelki

O czym więc jest ta historia? Uno i Matti byli na pchlim targu. Znaleźli tam mnóstwo skarbów, a wśród nich niebieską, zakorkowaną butelkę. Po jej otwarciu przed oczami chłopców pojawił się prawdziwy duch, strażnik starego lasu. Duch jest bardzo szczęśliwy, że w końcu wydostał się z butelki, obiecuje więc spełnić trzy życzenia chłopców (mamo, a jeśli on będzie niebezpieczny, tak jak ten dżin od rybaka? – to była obawa Piotrusia, któremu nie tak dawno czytałam opowieść o „Geniuszu i rybaku”). Ten duch jest jednak bardzo przyjacielski, choć trochę znużony przebywaniem w zakmnięciu. Kto by jednak nie był znużony po czterech tysiącach lat?

Chłopcy wybierają się z nim w podróż do lasu, choć chyba nie są przygotowani na wszystkie niespodzianki.

Piotrusiowi bardzo się ta historia podobała, a najbardziej podobało się to, że jest tutaj mama. Od razu po rozpakowaniu prezentu przejrzał książkę, a potem przybiegł podekscytowany: „zobacz, jest ich mama! To znaczy, że w tamtej książce pewnie była w drugim pokoju. Albo wyszła do pracy!”

Historia o Mattim i Uno jest krótka i zwarta. Życzenia chłopców są cudownie dziecięce, tak samo, jak brak zaskoczenia, że z butelki może wyjść duch (może nie może? u mnie w domu mieszka mnóstwo niewidzialnych stworów:-)). Trzylatek wysłucha tej opowieści bez problemów, tym bardziej że ilustracje są barwne, szczegółowe i zajmujące. Pięciolatek wprawiony w słuchaniu bajek może być trochę rozczarowany, że już się skończyło, ale przecież zawsze można zacząć od początku. Czytaliśmy tę historię już kilka razy, pierwszy raz tuż po Wigilii, bo przecież nie dało się już dłużej czekać.

Yecik, plecik, plums

Do pisania o tej książce przymierzałam się już od dawna, bo to jedna z ulubionych lektur Piotrusia. Czytaliśmy ją także dzieciom w przedszkolu i ogromnie się im podobała. Zresztą trudno nie ulec urokowi tej historyjki. Wracamy do niej szczególnie często zimą, gdy mój synek z utęsknieniem czeka na śnieg.

Eva Susso, Benjamin Chaud, Yeti

Uno i Mati, dwaj chłopcy mieszkający z Tatusiem w małym domku wśród wzgórz doczekali się śniegu i mogli w końcu pojeździć na deskach. Po zjeździe postanowili poszukać innej drogi, żeby nie musieć wspinać się na górę, i zagubili się w lesie. A tam spotkali… prawdziwego człowieka śniegu, białego, kudłatego i wielkostopego. Piotruś ma nadzieję, że kiedyś gdzieś, może w lesie, a może wśród wzgórz, uda się nam/jemu także spotkać yeti. Właśnie takie: przyjazne, uśmiechnięte, sympatyczne, rymujące radośnie: yecik, plecik, plums, yecik, plecik, piruecik. Można potem skakać po domu i wyśpiewywać śmieszne rymowanki: yecik, plecik, bambolecik, yecik, krecik, pistolecik, yecik, śmiecik, kotlecik.

Uno i Mati to kolejni bohaterowie, którzy są blisko związani z tatusiami. Nie ma tutaj postaci mamy. To tato wiąże szaliki, smaży naleśniki, pakuje chłopakom mandarynki do kieszeni, żeby mieli co jeść. To taki zwyczajny tato na co dzień, który ma czas dla swoich dzieci. Moi synowie bardzo lubią, gdy tę książkę czyta im właśnie Tato, bo przecież – jak mówią – to historia o synkach i tatusiu, a takie są bardzo potrzebne.

Może ktoś ma przepis na zupę szyszkowo-jagodową? Bo po każdej lekturze szukam wymówek, dlaczego nie mogę ugotować tej pysznej potrawy yeti 🙂