Smocza straż

No i co ja mogę powiedzieć nowego? Mój syn na pytanie, jak mu się podobało, odparł: no mamo, przecież to Brandon Mull. I wszystko jasne, prawda?

Brandon Mull gwarantuje solidną dawkę przygód i silne emocje. Zgrabnie skonstruowana akcja, bohaterowie, z którymi można się utożsamić, prosty język, ciekawe postacie poboczne i mamy doskonały przepis na książkę, od której trudno się oderwać. To była jedna z najbardziej oczekiwanych premier w naszej rodzinie — wypatrywał tej książki nie tylko Tymek, ale także Olek i Gabryś, mój bratanek i siostrzeniec. A potem licytowali się, kto najszybciej przeczyta. No i padło oczywiście pytanie, kiedy następna część?

Brandon Mull, Smocza straż

Książki Brandona Mulla to świetny pomysł, jeśli macie w rodzinie dziecko, które chcecie zachęcić do czytania. Jego przygodówki powinny spodobać się jedenastolatkom i młodzieży, przygody rodzeństwa Sorensonów zafascynowały też niejednego dorosłego. „Smocza straż” to kontynuacja serii „Baśniobór” — warto do niej zajrzeć zanim zaczniecie czytać tę książkę. Jaśniejsze staną się na pewno słowa Stana Sorensona:

Szczerze mówiąc, znowu nie wiem, co począć. Moja odpowiedzialność jest oczywista. Ale jak daleko jestem gotów się posunąć? Ile potrafię zaryzykować? Czy uczciwie będzie dać im wybór? I czy to w ogóle wybór, skoro wiem, co zdecydują?

Dwa pokolenia: Dziadkowie i Wnuki połączone jedną misją — ochronić przed ludźmi azyle magicznych stworzeń i ochronić ludzi przez magicznymi istotami. W „Baśnioborze” rodzeństwo Kendra i Seth dowiedziało się, jakie zadania wykonują ich tajemniczy Dziadkowie, uczyło się nowych obowiązków i oczywiście ratowało świat. Wydawało się, że po zwycięstwie nad demonami nastaną spokojne i nudne (to słowa Setha) lata. Pojawiło się jednak nowe zagrożenie — smoki, które po latach niewoli i uwięzienia w azylach, zapragnęły znowu zakosztować wolności.

Brandon Mull, Smocza straż

Brandon Mull zgrabnie wykorzystał świat stworzony w „Baśnioborze”, by wykreować nową serię. Spotykamy Kendrę i Setha tuż po zakończeniu przygód opisanych w „Kluczach do więzienia demonów”. Dziadkowie mają nadzieję, że nastaną spokojne czasy, Kendra próbuje uporać się z własnymi uczuciami, Seth się nudzi. To właśnie on przyjmuje nadchodzącą burzę z największym entuzjazmem (a to nowina!). Akcja powieści toczy się głównie w Gadziej Opoce, a wydarzenia następują po sobie błyskawicznie. Ani Seth, ani czytelnik nie mają czasu na nudę.

Brandon Mull, Smocza straż

W „Smoczej straży” spotykamy część postaci znanych nam z „Baśnioboru” oraz wiele innych magicznych stworzeń, które chcą lub muszą współpracować z ludźmi. Moją dorosłą sympatię zdobył nypsik Calvin, Maleńki Bohater. Może dlatego, że trochę przypominał mi Ryczypiska z Narnii, tak samo zabawnie dumy i odważny, mimo swojego niewielkiego wzrostu. Brandon Mull wprowadził także do książki „zwykłych ludzi” nieświadomych istnienia drugiego, magicznego świata. Ciekawa jestem, czy będzie rozwijał ten wątek, czy Knox pozostanie w pamięci jedynie jako narzędzie wykorzystane przez Setha do osiągnięcia celu. Zresztą ten wątek wydaje mi się najbardziej nośny z perspektywy rodzica. Całkiem dobrze nam się rozmawiało z Tymkiem, czy tego typu postępowanie jest etyczne i czy rzeczywiście nie było innego wyjścia. Oraz czy cel uświęca środki i czy nie za często korzystamy z tego argumentu. Niezła dyskusja, jak na zgrabnie napisaną przygodówkę dla dzieci.

Brandon Mull zapowiada, że „Smocza straż” będzie składała się z pięciu tomów. No cóż, pozostaje czekać na kolejne — ciekawa jestem na ile Mullowi uda się wykreować nowy świat, który nie będzie jedynie nowymi przygodami Kendry i Setha w znanej już scenerii „Baśnioboru”. „Smocza straż” to udane wprowadzenie — zaostrza apetyt i sprawia, że czytelnik ma ochotę na więcej.

 

Ilustracje pochodzą ze strony Brandona Mulla: http://brandonmull.com/category/dragonwatch/

 

Brandon Mull, Smocza straż, il. Brandon Dorman, tł. Rafał Lisowski, Wilga 2017

 

 

Reklamy

Karamba i Hubert

W ekspresowym tempie przeczytaliśmy kilka (tych cieńszych) książek, które Mikołaj zostawił pod choinką. No bo ile można jeść i patrzeć się przez okno, jak pada deszcz? Co prawda Młodszemu (razem z Zuzią) udało się na Dziadkowym podwórku wybudować system jezior, a przy wjeździe  wykopać dużą dziurę, bo przecież górnicy zawsze kopią dziury, ale i tak sporo czytaliśmy. I teraz mam problem, bo Młodszy pała chęcią poznania dalszych przygód Dyrektora Karamby. Może jakieś wydawnictwo się zlituje i wyda inne książki Åsy Rosén po polsku?

Cyrk Karamba

Jak wyczytałam w Wikipedii i Goodreads, Åsa Rosén to przede wszystkim ilustratorka. „Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia” (Czarna owieczka, 2014) to jej debiut literacki — bardzo moim zdaniem udany. To kolejny szwedzki kryminał dla dzieci, bez dziecięcych bohaterów, który sprawił, że Piotr postanowił (chyba) zostać detektywem.

Akcja książki dzieje się w cyrku, którym kieruje uroczy dyrektor Karamba. Bardzo stara się wyglądać i mówić, jak cudzoziemiec, bo przecież tak wypada. Dyrektor Karamba uwielbia stare kryminały. Jego najlepszym przyjacielem jest gadająca i bardzo inteligenta myszka, Hubert. Cyrk Karamba jest słynny na cały świat właściwie z jednego powodu: pracuje w nim Cayenne, połykaczka ognia, której kunszt zadziwia wszystkich. Pewnego dnia ktoś kradnie wszystkie sprzęty Cayenne i to dopiero początek kłopotów. Dyrektor Karamba zaczyna prowadzić śledztwo.

Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia

Åsa Rosén bardzo sprawnie tworzy historię i dawkuje napięcie. Dyrektor jest zabawny i gapiowaty. Ma jednak szczęście do przyjaciół, a Hubert to wyjątkowo mądra mysz. Cayenne jest cudowna: to typ punkówy z irokezem na głowie. Jest narwana, szybka i ma wspaniały motor z przyczepką. Zestawienie nowoczesnej, zbuntowanej dziewczyny i staroświeckiego dyrektora o nawoskowanych wąsach zagrało cudownie. Piotrek był pod wrażeniem i Cayenne ogromnie mu się spodobała.

Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia

„Tajemnica połykaczki ognia” to sprawnie napisany kryminał dla dzieci. Intryga nie jest może zbyt skomplikowana, ale jest tutaj i tajemnica, i kara, i humor. Czyta się szybko, a duże litery sprawiają, że książka nie odrzuca młodszych czytaczy. Åsa Rosén nie powiela schematów znanych z Lassego i Mai czy „Biura detekstywistycznego nr 2”. W jej książce dorośli grają główne role — to oni muszą szukać śladów i wyciągać wnioski. A czasami zastawiać pułapki — oczywiście w cyrku. Kto okradł Cayenne? Młodzi amatorzy kryminałów nie powinni być zawiedzeni.

Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia

Åsa Rosén napisała trzy książki o przygodach Dyrektora Karamby — jak nikt ich nie wyda, wypada nauczyć się szwedzkiego.

Åsa Rosén (tekst i ilustracje), Cyrk Karamba. Tajemnica połykaczki ognia, tł. Iwona Jędrejewska, Czarna Owieczka 2014

Kresek, Bartek i całkiem zwyczajny początek

Pewnie powinnam pisać o Świętach, Mikołaju i reniferach, o książkach, które wprowadzają w atmosferę Bożego Narodzenia… Tylko że trochę mi się nie chce, bo wszyscy o tym piszą i pokazują śliczne stosiki 🙂 No i może także dlatego, że mało czytamy w tym roku o świętach, Mikołaju i reniferach, raczej o przygodach, labiryntach, autach, tajemnicach i jamnikach. Kilka książek na raz, tak jakoś wyszło. Więc zamiast o Mikołaju, posłuchajcie o zwykłym chłopcu, Bartku Kłopotku.

Kresek, Bartek i całkiem zwyczajny początek

Książka Kasi Nawratek zdobyła w tym roku Koziołka, nagrodę przyznawaną przez Bibliotekę w Oświęcimiu. Sięgałam więc po tę pozycję z dość dużymi oczekiwaniami, ale i z niepokojem. Wygrała z „Teatrem niewidzialnych dzieci” Marcina Szczygielskiego, którą uważam za książkę bardzo dobrą, więc poprzeczka wisiała wysoko.

„Kresek, Bartek i całkiem zwyczajny początek” to całkiem zwyczajna historia Bartka mieszkającego w zwykłym bloku. Układ rodzinny chłopca jest inny, ale chyba coraz bardziej powszechny: jest mama i jej partner Piotrek, jest tato i jego nowa partnerka, Aneta. No i jest Kresek — jamnik będący największym przyjacielem i powiernikiem. Gdzieś w tle przewija się szkoła, koledzy i koleżanki, sąsiedzi, bezdomni, ogródki działkowe i sklepy. W całym tym uniwersum najbardziej niezwykły jest Bartek. Jego ogromna, wręcz rozbuchana wyobraźnia to jednocześnie ratunek i przekleństwo. Chłopiec ucieka przed problemami w nierealny świat, a to, co wymyślone, jest dla niego równie rzeczywiste i prawdziwe. Granica się zaciera, a Bartkowe hasło „wiem to na pewno”, którym kończy prawie każdą wypowiedź, sprawia, że trudno mu uwierzyć, nawet wtedy, gdy wszystko, co mówi, jest prawdą. Zresztą Bartek raczej nie kłamie, on po prostu wymyśla historie i natychmiast zaczyna w nie wierzyć.

Kresek, Bartek i całkiem zwyczajny początek

Trudno mu się dziwić. Bartka poznajemy w momencie przełomowym, kiedy okazuje się, że będzie miał siostrę. Niestety, tato i  jego partnerka nie potrafią dobrze poradzić sobie z tą sytuacją (szerze mówiąc, radzą sobie koszmarnie, za dużo znam „z życia” podobnych historii, by zarzucać Kasi Nawratek przesadę, choć trochę raził mnie czarno-biały schemat). Odmienność chłopca przeszkadza mu w szkole, zawadza w domu. Czas dorosnąć, tylko że Bartek dorastać nie chce, bo nie potrafi i chyba nie chce dostosować się do reguł dorosłego świata. Bartek widzi dużo, więc świetnie dostrzega także jego absurdy. Problemy tłumaczy sobie po swojemu (cudnie namalowane Kopalnia i Administracja), ale je widzi — często więcej niż niejeden dorosły.

Trudno mi się pisze o tej książce. Kasia Nawratek namalowała fragment dziecięcego życia, bardzo pokomplikowany przez dorosłych. Bartek to dziecko, które musi poradzić sobie z rozwodem rodziców, przemocą w szkole, niesprawiedliwością dorosłych, czyjąś bezdomnością, strachem przed katastrofą budowlaną, pierwszym zauroczeniem. Zmaga się z kłopotami, które mogłyby przywalić niejednego dorosłego. To bardzo poruszająca lektura, o której trudno przestać myśleć. Mój Starszy pochłonął ją błyskawicznie i powiedział, że warto, choć to trochę smutne, czasami dziwne, ale i wzruszające. „Dziwny był ten Bartek mamo, ale mi go szkoda, nie miał lekko”. Ja mam skojarzenia i z „Teatrem niewidzialnych dzieci„, i z „Tonją z Glimmerdalen„.

Kresek, Bartek i całkiem zwyczajny początek

Kasia Nawratek nie oferuje czytelnikowi łatwych rozwiązań. Bartek nie jest prostym bohaterem: jest inny, dziwny, zakręcony. Trudno się z nim dogadać i przeniknąć do jego świata. Problemy, z którym się boryka, nie znikają. Pewne rzeczy udaje się wyjaśnić, życie toczy się dalej, tak po prostu — i trzeba się w nim odnaleźć. Bo właśnie takie jest życie, czasami fajne, czasami trudne, czasami niezrozumiałe. Różne. Pewne problemy znikają dopiero wtedy, gdy uporają się z nimi dorośli — dlatego warto, by także dorośli sięgnęli po tę książkę. Naprawdę warto.

 

Kasia Nawratek, Kresek, Bartek i całkiem zwyczajny początek, il. Ola Szmida, Ezop 2016

Zabawy z Mattisem

Piotruś bardzo poleca czytanie Mattisa. Bo jest fajny i już… I nie ma za dużo tekstu na stronie, i szybko się czyta, i po prostu jest fajny, rozumiecie? I nie należy zadawać głupich pytań  i zastanawiać się za dużo, czemu warto zajrzeć do Mattisa. Jak ktoś tego nie rozumie, to nie jest za mądry. Czytajcie więc „Mattisa i jego przygody w pierwszej, drugiej i trzeciej klasie” Rose i Samueala Lagercrantzów (Wydawnictwo Zakamarki) — ktoś oprze się takiej rekomendacji?

Mattis_Okładka

Mattis trafił do naszego domu na fali zainteresowania Dunią. Matką bardziej kierowała ciekawość, jak dziecko zareaguje na szkołę pokazywaną z perspektywy chłopca, bo Dunia wywoływała pewien sprzeciw (ee, to raczej dla dziewczyn). Efekt przekroczył oczekiwania, bo Piotruś się w Mattisie zakochał — a po zakończeniu lektury napisał list do Mikołaja i poprosił o wszystkie przygody Duni, bo przecież tam pewnie będzie też coś o Mattisie.

Przygody Mattisa w pierwszej, drugiej i trzeciej klasie

Rose Lagercrantz napisała książkę, która naprawdę pokazuje świat z perspektywy dziecka, świat, w którym bardzo dużo się dzieje — choć nie zawsze dorośli wszystko rozumieją, a na pewno dziecko nie ma ochoty za dużo o nim opowiadać. Bo i po co? Przygody Mattisa jak mało która książka rozwiązywała język mojego syna. Nagle Piotrek zaczynał opowiadać o szkole, o kolegach, o tym, że czasami też kogoś nie lubi albo że coś jest bardzo trudne lub właśnie stało się łatwiejsze. Nie wiem, czy „Przygody Mattisa w pierwszej, drugiej i trzeciej klasie” będą działać tak samo na każdego, ale na pewno warto spróbować i nie burzyć się, gdy dziecko przerywa lekturę.

Przygody Mattisa w pierwszej, drugiej i trzeciej klasie

Opowieści o świecie Mattisa są krótkie. Na stronie nie ma za dużo tekstu, więc Piotrek nie uciekał przed literkami, które go przerażały (mamo, to nie dla mnie, tak tu dużo liter — zdarza mi się usłyszeć taki tekst). Książkę o Mattisie przeczytaliśmy błyskawicznie i mój syn świetnie odnajdywał się w sytuacjach opisanych przez Rose Lagercrantz. Bo przygody Mattisa są zwyczajne: kogoś nie lubi, czasem nie ma ochoty iść do szkoły, cieszy się, gdy znajduje przyjaciela, lubią panią. Niezwykłe rzeczy, które przydarzają się Mattisowi, są takie „zwykłe”: Beni Bandzior zrzuca mu bryłę lodu na głowę, pani źle się czuje w szkole, ktoś skręca nogę, Mattis może nocować u kolegi… Tak prosto i zwyczajnie, a jednocześnie tak niezwykle, bo w książce jest mowa nie tylko o tym, co się dzieje, ale także o tym, co się czuje — że można się bać, że życie w pierwszej, drugiej i trzeciej klasie może być przerażające, że mały człowiek czasami jest samotny. Rose Lagercrantz potrafi pisać o emocjach i uczuciach. A na dodatek tak cudnie pisze o rodzicach 🙂

Piotruś uważa, że „Przygody Mattisa” to najlepsza książka, jaką chłopcom może przynieść Mikołaj. Sprawdzicie?

 

Rose i Samuel Lagercrantz, Mattis i jego przygody w pierwszej, drugiej i trzeciej klasie, Zakamarki 2017

Smok Wawelski i tajemniczy Don Pedro

Wiecie już, jak spędzamy wieczory? A nie… Nie oglądamy kreskówek. Czytamy za to Trylogię, tyle że wcale nie chodzi o Sienkiewicza. Razem z Piotrusiem pochłaniam „Przygody Baltazara Gąbki. Trylogia”. Wydawało się, że czytania będzie na długie miesiące, bo tomiszcze jest grube (ponad 700 stron), ale ciągle mamy ochotę na „jeszcze troszeczkę więcej” przed snem. Szybko nam idzie.

Przygody Baltazara Gąbki

Chyba nie czytałam tej książki w dzieciństwie, bo Doktora Koyota nie pamiętam. Ukształtowała mnie więc kreskówka, a teraz mam frajdę i mogę poznawać przygody Smoka Wawelskiego razem z Synem. Piotruś film obejrzał z ogromną ciekawością, ale wcale nie przeszkadza mu to w słuchaniu i podczytywaniu książki (tak, tak, zdarza mu się czytać to grube tomiszcze samemu). Podchodziłam do książki Stanisława Pagaczewskiego dość nieufnie (Piotr przydźwigał ją z biblioteki), ale ku mojemu wielkiemu zdumieniu to się świetnie czyta. Tekst jest może odrobinę staroświecki, moje dziecko na pewno nie wyczuwa aluzji do minionego systemu, ale historia nadal bawi i wciąga, a język powieści jest przystępny i zrozumiały.

Przygody profesora Gąbki

Dla tych, którzy nie widzieli filmu, krótkie wprowadzenie… Akcja powieści dzieje się w czasach Księcia Kraka. Nie przenosimy się jednak do czasów przedpiastowskich. Kraj Księcia Kraka graniczy z krainą Psiogłowców, książę korzysta z krótkofalówki, a bohaterowie podróżują amfibią. Stanisław Pagaczewski sprytnie wymieszał elementy historyczne, fantastyczne i współczesne, tworząc ciekawą i zabawną krainę, po której z przyjemnością się podróżuje. Z Krakowa wyrusza ekspedycja ratunkowa prowadzona przez Smoka Wawelskiego. Przewodzi jej oczywiście Smok Wawelski, przyjaciel Księcia Kraka i wielki podróżnik, a jej członkami są książęcy kucharz, Bartłomiej Bartolini i nadworny lekarz, doktor Koyot. Towarzyszy im także tajemniczy Don Pedro, szpieg z Krainy Deszczowców — mogę zdradzić, że jego historia jest trochę inna niż na filmie. Wyprawa kieruje się do Krainy Deszczowców, gdzie przebywa Baltazar Gąbka, słynny badacz latających żab. W przeciwieństwie do kreskówki w powieści profesor odgrywa bardzo ważną rolę.

Przygody Baltazara Gąbki

W kolejnych tomach razem z profesorem Gąbką i jego towarzyszami mierzymy się z plagą mypingów („Misja profesora Gąbki) oraz przenosimy się w lata siedemdziesiąte („Gąbka i latające talerze”). Historia łączy w sobie elementy bajki, powieści podróżniczej, szpiegowskiej i kryminału. Są tutaj fragmenty dziennika i motywy typowe dla SF. Wszystko wydaje się być na swoim miejscu, nic nie trzeszczy, wszystko ze sobą współgra. Akcja jest wartka i szybka, przygody są trochę zabawne, a trochę straszne — w sam raz dla siedmiolatka i dla jego rodzica, bo przecież wspólne czytanie powinno być frajdą dla dziecka i dla dorosłego. 

Przygody Baltazara Gąbki

Przygody profesora Gąbki wydało Wydawnictwo Literackie. Książka jest bardzo starannie opracowana i bogato ilustrowana. Wykorzystano ilustracje Alfreda Ledwiga, autora kreskówki. Dla Piotra oglądanie obrazków było świetną zabawą. Nie spodziewałam się, że książka wydana w latach sześćdziesiątych przyniesie nam obojgu tyle radości i będzie tak aktualna — ta zabawna i lekka książka jest także pochwałą wolności, tolerancji i swobody. „Przygody Baltazara Gąbki” to świetna lektura na długie jesienne i zimowe wieczory. Zajrzyjcie koniecznie!

 

Stanisław Pagaczewski, Przygody Baltazara Gąbki, il. A. Ledwig, Wyd. Literackie 2011

Bardzo, bardzo dawno temu — Wilczy brat

Bardzo, bardzo dawno temu, w czasach, których już nikt nie pamięta i z których niewiele przetrwało, Ziemię porastał Las. Dla zamieszkujących go ludzi, podzielonych na klany i plemiona, Las był żywy, czujący i myślący — tak samo, jak żywa była Ziemia, Niebo nad głową, gwiazdy na Niebie i Woda w strumieniu. Świat był pełen dziwów i niebezpiecznych istot, bo demony i bóstwa mieszkały tuż koło ludzi, a granica między tym, co widzialne i realne, a tym, co niewidzialne i niebezpieczne była bardzo cienka i łatwa do przeniknięcia. W poszukiwaniu ciekawych książek dla Tymka zapędziliśmy się aż do prehistorii.

Wilczy brat

„Wilczy brat” Michelle Paver to pierwsza część „Kronik pradawnego mroku” — cyklu, który przenosi czytelnika do czasów, gdy po Ziemi chodziły mamuty i tury. Czytałam tę książkę chyba z równym przejęciem, co mój Syn, wspominając przy okazji z łezką w oku „Walkę o ogień” czy prehistoryczny cykl Jean Auel. Michelle Paver napisała emocjonującą, ciekawą książkę, próbując przybliżyć nam realia świata, w którym nasi przodkowie codziennie walczyli o przetrwanie i na swój magiczny sposób tłumaczyli sobie tajemnice natury.

Bohaterem książki jest Torak, dwunastolatek. Już dużo umie, stoi na progu dorosłego życia (w społeczeństwach pierwotnych dorosłość zaczyna się dużo wcześniej), ale ciągle potrzebuje pomocy i wsparcia — tym bardziej, że pozbawiony jest opieki plemienia. Z niewiadomych powodów jego ojciec wychowuje syna samotnie, poza klanem Wilka, do którego obaj należą. Pewnego dnia na ich obozowisko napada niedźwiedź — nie jest to jednak zwykły drapieżnik, ale opętany przez demona drapieżca, który może zniszczyć całe życie i wszystkie klany. Ojciec ginie, a Torak musi nie tylko utrzymać się przy życiu, ale także wypełnić obietnicę. Czy dwunastolatek da radę uratować świat?

W książce Michelle Paver towarzyszymy Torakowi w jego wędrówce na Górę Ducha Świata. Jego oczami widzimy dziki, pełen niebezpieczeństw świat, razem z nim zmagamy się z trudnościami i walczymy z wrogami. Czasami ludzka perspektywa się zmienia — wtedy do głosu dochodzi Wilk, przyjaciel i przewodnik Toraka. Czujemy ich strach i emocje, razem się cieszymy i boimy.

Historia opowiedziana przez Paver jest niesamowicie wciągająca i emocjonująca. Udało jej się wiarygodnie przedstawić świat magiczny: ludzie z czasów Toraka nie wszystko rozumieją, nie wiedzą, dlaczego coś się dzieje, dlaczego pory roku nastają jedna po drugiej, ale szukają wyjaśnień. To, czego nie da się wytłumaczyć, musi być domeną bogów i demonów, dlatego świat jest groźny i tajemniczy. Przyroda może być sprzymierzeńcem lub wrogiem, więc warto traktować ją z szacunkiem — opisy przyrody i interakcji między człowiekiem a naturą to jedna z mocniejszych stron książki. Michelle Paver udało się pokazać lęk przed przyrodą, ale także wdzięczność za wszystko, co daje człowiekowi — gdzieś w trakcie rozwoju cywilizacji zgubiliśmy ten pierwotny lęk i chyba nie wyszło nam to na dobre.

„Wilczy brat” to świetna lektura i bardzo dobry początek cyklu. To opowieść o dorastaniu, przyjaźni, szacunku i odpowiedzialności za innych napisana tak, że trudno się od niej oderwać. Lęk Toraka, poczucie osamotnienia, szukanie bliskości i przyjaźni są bardzo współczesne — w pierwotnych społecznościach odbijają się nasze lęki i radości. Książka stanowi zamkniętą całość, choć pewne pytania pozostają bez odpowiedzi. To dla mnie ogromna zaleta, bo o historii można myśleć spokojnie, bez złości, że pod ręką nie ma następnego tomu, w którym (być może) wszystko się wyjaśni. To naprawdę dobra przygodówka, napisana z szacunkiem dla czytelnika i z poszanowaniem wiedzy na temat epoki, w której się rozgrywa. Na pewno zajrzymy do kolejnych części.

Michelle Paver, Wilczy brat, tł. T. Piwowarczyk, WAB 2005

8+2 i Anton z Ameryki

Kiedy jest nam bardzo źle, na dworze pada deszcz i wszystko wydaje się beznadziejne, lubimy wracać do przygód ośmiorga dzieci z książek Anne-Cath. Vestly. Czytamy o Tacie, Mamie, Babci, dzieciach, Rurku i ciężarówce i robi nam się jakoś lepiej i lżej. Jeśli więc nie znacie tej historii, to czym prędzej poszukajcie tych książek — okazja jest dobra, bo całkiem niedawno Dwie Siostry wydały kolejną część: „8+2 i Anton z Ameryki”.

8+2 i Anton z Ameryki

Dla tych, którzy jeszcze nie wiedzą, co to jest, krótkie streszczenie. Seria opowiada o pewnej rodzinie — nietypowej, bo bardzo licznej. Do rodziny zalicza się ośmioro dzieci, Tato, Mama, ciężarówka, którą Tato zarabia na życie, Babcia… To bardzo otwarta, ciepła rodzina, która otula swoim ciepłem wszystkich samotnych i nieszczęśliwych. W pierwszej części cała ferajna żyje w malutkim mieszkanku w Oslo (ciężarówka nocuje pod domem), a potem dziwnym zrządzeniem losu trafia do domku w lesie. Na blogu o ich przygodach możecie przeczytać tutaj i tutaj.

8+2 i Anton z Ameryki

W tomie „8+2 i Anton z Ameryki” dzieci już na dobre rozgościły się w domku w lesie. Kochają swój dom, swoje podwórko, drogę przez las… Pewnego dnia do ich domu — i to akurat wtedy, gdy rodzice wybrali się na bardzo ważną uroczystość, 25-lecie orkiestry kierowców ciężarówek — zawitał gość, dla którego chatka w lesie była jeszcze cenniejsza. Pamiętacie staruszków, od których Tato kupił domek? W tym tomie po raz kolejny wracamy do nich, bo gość z Ameryki to ich syn, który niechcący przewrócił całe święta rodziny do góry nogami.

8+2 i Anton z Ameryki

Skończyło się jak zwykle dobrze, ale Piotruś z wypiekami na twarzy słuchał o przygodach rodzeństwa, o Morciszku (tradycyjnie wybraliśmy tę formę imienia najmłodszego dziecka), który pokochał prosiaki i chciał nauczyć dom latać, o niespodziance, jaką zostawił rodzinie Anton. Z całej serii bije niesamowite ciepło i życzliwość do świata. Trudno wyobrazić sobie taką Norwegię, ale na pewno chciałby mieć za sąsiadów tę cudowną rodzinę, mimo iż dzieci — jak to dzieci — czasami sprawiają kłopoty. Lubimy także bardzo ilustracje Marianny Oklejak, która jak nikt potrafi oddać zwariowane życie ośmiorga dzieci, a jej obrazek z kierowcami ciężarówek bardzo kojarzy mi się z atletami z Tuwimowskiej „Lokomotywy”. Zajrzyjcie do tych książek konieczne — u nas cała seria świetnie się sprawdza jako wieczorna lektura przed snem, i to przez cały rok, a nie tylko w okolicach świąt. 

Ilustracje pochodzą ze strony wydawnictwa Dwie Siostry.

Anne-Cath Vestly, 8+2 i Anton z Ameryki, il. Marianna Oklejak, Dwie Siostry 2017

Koniec świata nr 13

Ech… Wcale nam się nie podoba, że skończyły się wakacje. Chłopcy chodzą marudni, bo szkoła jakoś nie bawi, mimo że spotkania z kolegami cieszą. Matka też chodzi marudna, bo próby przyzwyczajenia synów do codzienności kończą się najczęściej poranną burzą z piorunami. A na dodatek leje, leje, leje. Gdzie jest złota polska jesień? Gdzie się podziało lato?

Na zakończenie wakacji czytamy więc książkę o wakacjach — i trochę o wszystkim. To raczej książka dla Tymka, który połknął ją jednym tchem, a potem powiedział: wiesz, właściwie nie bardzo wiem, o czym to jest, ale bardzo fajne!

Koniec świata nr 13

„Koniec świata nr 13” to dość przewrotna lektura. Wiele rzeczy stoi tutaj na głowie, a cała historia została spisana tak sprawnie, że czytałam ją z ogromną przyjemnością, mimo iż mam naprawdę trochę (no całkiem sporo) więcej lat niż uczeń podstawówki. Ubawiłam się przednie, choć wcale nie jest to lektura lekka i jedynie zabawowa. To wielka sztuka sprzedać mądre i głębokie treści w tak lekkiej formie. Może ad rem, bo widocznie ulewa działa też na bloga…

Sabina Muzyk, lat 12, właścicielka szczurka Jurka, mieszka w starym domu przy ul. Koniec Świata 13. W oczach dwunastolatki trudno o bardziej pechowy adres. Wszystko w tym domu jest inne niż wszędzie: rodzice artyści, stara lokatorka — właścicielka psa o imieniu Saba, rozsypujący się, zabytkowy budynek. A Sabina marzy po prostu o tym, aby było normalnie — czyli tak jak u innych, którzy dostają nagrody za dobre stopnie i których rodzice nie mają kolorowych włosów, postrzępionych dżinsów i rąk umazanych gliną. Czasami Sabina czuje się najstarsza w całym domu.

Nie, nie — nie jest to książka o depresji niezrozumiałego przez nikogo dziecka wkraczającego w wiek dojrzewania 🙂 Sabina jest energiczna, zaradna i pełna energii, a wakacje bez rodziców, którym niespodziewanie udaje się wyjechać na plener do Francji, okazały się dla dziewczynki bardzo ważne. Przez całą książkę możemy obserwować, jak Sabina poznaje siebie i bliskich, odkrywając, że to, co bliskie i znane wcale nie musi być gorsze od tego, co daleko. Dużo się w tej powieści dzieje, a sceny ze strażnikiem miejskim czy paniami z opieki społecznej pewnie były dla mnie bardziej zabawne niż dla Tymka. Gdzieś po drodze i jakby mimochodem dziewczynka zaczyna akceptować samą siebie i odkrywać, że na wiele rzeczy można spoglądać z różnych stron. Świat nie jest tylko czarny i biały, zaczyna nabierać kolorów, a nielubiane przezwisko zmienia się w znak rozpoznawczy.

To jest mój dom — pomyślała Sabina i dziwne wzruszenie ścisnęło ją za gardło. Mój stary dom, który będzie wyglądał jak nowy, ale jak zawsze nic się w nim nie zmieni. Ciotka Plotka pojedzie na wakacje i wróci, aby malować pierroty, i dalej będzie nosić włosy w kilku kolorach, Jerzy zajmie swój dawny pokoik, portmonetka Babci Funi zawsze będzie świecić pustką, a Babcia Saper będzie robić miny.

Co porabiasz? — zapytał Wuj Psuj, który jako jedyny lekceważył kartkę na drzwiach Sabiny.

— Dorastam — odparła zgodnie z prawdą Sabina Muzyk, lat dwanaście.

— Ja też — powiedział Wuj Psuj i posadził sobie na ramieniu Szczurka Jurka.

To jedna z piękniejszych i mądrzejszych książek o dorastaniu, jakie czytałam. Lepiej dorastać, gdy się ma dwanaście lat.  To także powieść o akceptacji, przyjaźni, odkrywaniu inności i wakacjach. I jak tu za nimi nie tęsknić? Miłej lektury!

 

„Koniec świata nr 13” została nominowana do Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego.

 

Katarzyna Ryrych, Koniec świata nr 13, il. Katarzyna Kołodziej, Wydawnictwo Literatura 2016

Ala Baba i dwóch rozbójników

Znacie dzieci, które nie potrafią przestać zmyślać? Takie, które właściwie cały czas opowiadają niestworzone historie i czasem trudno rozróżnić, co jest prawdą, a co zmyśleniem? Najsłynniejszym takim dzieckiem pozostaje chyba Pippi Pończoszanka. Pamiętacie jej opowieści? Takie dziecko mieszka także w moim domu i przyznaję, że czasami niełatwo się z nim dogadać. A ostatnio pokochaliśmy Alę, obdarzoną bujną wyobraźnią bohaterkę książki Joanny Wachowiak.

Ala Baba i dwóch rozbójników

Pięknie się ta książka zaczyna:

Jest to opowieść o kilku planetach, które odwiedziłam — chociaż tak naprawdę nie postawiłam na nich nogi. I o tym, jak wróciłam na Ziemię z pewnej planety, chociaż wcale nie wiedziałam, że na niej żyłam. Ta historia zaczyna się całkiem zwyczajnie w najzwyklejszym miejscu pod słońcem: w naszym mieszkaniu.

Ten wstęp zaintrygował i Piotrusia, i Tymka. Starszy połknął książkę przez dwa wieczory. Uznał, że jest fajna i wartą ją przeczytać Piotrusiowi: bo on też dużo zmyśla. Hmm, nie wiem, czy mój Młodszy czegoś się z tej lektury nauczył, ale na pewno słuchał jej z uwagą i fascynacją: bo to takie ciekawe! Trudno o lepszą rekomendację.

Ala Baba i dwóch rozbójników

Ala, bohaterka i narratorka książki, to zwykła dziewczynka. Mieszka w bloku, chodzi do szkoły, ma rodzeństwo i niesamowitą wyobraźnię. Zaczyna opowiadać, by uwolnić się choć na chwilę od dwóch braci w wieku przedszkolnym, bliźniaków Filipa i Leona. A jej historie są tak wciągające i niesamowite, że mój Piotruś przez dłuższy czas wierzył, że Ala naprawdę zabierze chłopców na kosmiczną wyprawę. Pytania, czy oni jednak polecą, towarzyszyły lekturze całej książki, choć jednocześnie Piotruś zastanawiał się, czy chłopcy będą źli, gdy się zorientują, że Ala buja.

Ala Baba i dwóch rozbójników

Opowieści Ali, choć fantastyczne, są jednak mocno związane z naszą rzeczywistością. Tak jakby dziewczynka podświadomie oswajała świat, w którym żyje. Nie jest to bowiem wyłącznie zabawna książka. Ala jest samotna, a jednocześnie oderwana od rzeczywistości. Pogrążona w marzeniach nie zauważa świata, który ją otacza, a zamiast rozmowy i przebywania z rówieśnikami woli snuć przypuszczenia i domyślać się, co czują, myślą i jacy są. Czasami tak jest łatwiej. Opowieści dziewczynki, choć wymyślane dla braci, sprawiają, że zmienia się sama Ala, która nagle zaczyna dostrzegać realny świat.

Ala Baba i dwóch rozbójników

Joanna Wachowiak napisała bardzo ciekawą i mądrą książkę, która wciąga dziecko i nie nudzi rodzica. Można przy niej wspólnie pomilczeć, pośmiać się i dużo rozmawiać. Powieść Joanny Wachowiak doceniło także jury 24. Ogólnopolskiej Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego — na książkę można zagłosować w konkursie dla czytelników tutaj.

Ilustracje pochodzą ze strony Wydawnictwa BIS.

Joanna Wachowiak, Ala Baba i dwóch rozbójników, il. Teresa Zalewska/Hoya, Wydawnictwo BIS 2016

 

Instytut szyfrów, czyli udana szkolna nagroda

Chyba zdarzyło się to po raz pierwszy. Książkę czytamy w trójkę: ja, Tymek i Tato Tymka. Ja mam najlepiej, bo już przeczytałam. Rzutem na taśmę, gdy tylko Tymek ją dostał (Starszy uznał, że najpierw trzeba grzecznie dokończyć poprzednią lekturę, a że właśnie razem z owcami rozwiązywał pewną zagadkę kryminalną, więc wcale mu się nie dziwiłam). A teraz trwają podchody: kto pierwszy dorwie i przeczyta — no i komu mam kibicować? Tato trochę narzeka, że fabuła ciekawa, ale za prosta (w końcu to SF dla dzieci). A Tymek zadał już znane dramatyczne pytanie: mamo, a kiedy będzie drugi tom? Co Pan na to, Panie Peers? Choć raczej powinno być to pytanie do Wydawnictwa, bo ze strony Bobbiego Peersa wynika, że kolejny tom już jest gotowy.

Instytut szyfrów

„William Wenton. Instytut szyfrów” Bobbiego Peersa, wydany przez Wydawnictwo Znak w czerwcu tego roku, to fascynująca, a jednocześnie tajemnicza lektura. Akcja książki zaczyna się w Norwegii, gdzie wraz z rodzicami żyje William Olsen. Olsen to fałszywe nazwisko, rodzina chłopca w pośpiechu przeniosła się z Anglii do Norwegii po tajemniczym zniknięciu dziadka. Chłopiec nie tylko otoczony jest sekretami — nie wie, co się wydarzyło, nie wie, przed czym i dlaczego się ukrywają — ale także w ten sam sposób postrzega świat. Wszystko wokoło w jego oczach tworzy szyfr czekający na rozwiązanie, a właśnie szyfry z jakiegoś powodu są dla niego największym zagrożeniem. Rodzice starają się go chronić, ale nie jest łatwo chronić niesamowicie inteligentne dziecko zafascynowane zagadkami. Kiedy więc do Norwegii przybywa wystawa prezentująca Niemożliwość, szyfr nie do rozwiązania, akcja zaczyna gwałtownie przyspieszać, a czytelnik wraz z Williamem odkrywa Instytut Szyfrów.

Bobbie Pieers napisał ciekawą książkę, która mocno oddziałuje na wyobraźnię. Powiedziałabym, że to niezła powieść sensacyjna z elementami sf dla nastolatków. Akcja jest wartka, ciągle się coś dzieje, nowe okoliczności wpływają na naszą wiedzę o świecie, czytelnik chce wiedzieć, co będzie dalej i przewiduje rozwiązania, a potem okazuje się, że autor wprowadził go w maliny, a prawda jest całkiem inna i zaskakująca. Niewiele tutaj opisów, co sprawia, że wyobraźnia może pracować pełną parą — z książki raczej nie dowiemy się, jak dokładnie wygląda William, Instytut Szyfrów czy inne mniej lub bardziej tajemnicze postacie czy przedmioty pojawiające się na stronach powieści. Mam żal do Wydawnictwa Znak za okładkę, która od razu narzuca pewien wzorzec bohatera — chłopiec z okładki wygląda zwyczajnie, ale sprawia, że trudno potem nałożyć Williamowi inne rysy. Dużo bardziej podobają mi się okładki wydań skandynawskich czy niemieckich, które intrygują i są tajemnicze. To samo dotyczy tytułu — Instytut szyfrów daje nadzieję, że kody i zagadki będą pełniły w tej książce dominującą funkcję, a wcale tak nie jest.

Minusów jest więcej. Książka jest momentami bardzo naiwna, szczególnie niektóre opisy technologii wydają się ozdobnikiem i wodotryskiem bez żadnego wypływu na fabułę. Coś z czegoś powstaje, ale nie wiadomo dlaczego i jak — warstwa SF jest po prostu szlaczkiem i ozdóbką, a nie rzeczywistym SF. Fajnie się niektóre fragmenty czyta, ale nie do końca wiadomo, po co autor umieścił je w książce. Co jeszcze? Warto zwrócić uwagę na filmowość tej książki — na pewno ma na to wpływ doświadczenie autora, ale książka wydaje się pisana pod kątem przyszłej adaptacji — są w niej rzeczy, które na pewno będą dobrze wyglądać na filmie, choć z punktu widzenia fabuły nie mają większego sensu albo są dość oczywiste. Postacie są jednowymiarowe, a William absolutnie genialny, choć naprawdę trudno uwierzyć, że nikt, przez tyle lat, nie zauważył jego inności. Książka stanowi zamkniętą całość, ale pozostawia mnóstwo bardzo podstawowych pytań. Mam nadzieję, że następna część będzie równie ciekawa, ale bardziej spójna i mniej chaotyczna.

„William Wenton. Instytut szyfrów” trafił do rąk Tymka jako nagroda szkolna za cały rok nauki. Książki dostały wszystkie dzieci i udało się przekonać Wychowawczynię, że nie muszą to być słowniki, encyklopedie, atlasy ani Niziurski, Makuszyński czy Ożogowska. Do rąk dzieci trafiły cztery tytuły: „Instytut szyfrów”, „Ewolucja według Calpurnii Tate”, „Hej Jędrek! Masz cykora?” oraz „Ale historia! Jadwiga kontra Jagiełło”. I wiecie co: dzieci były przynajmniej zaintrygowane. Właściwie nie znalazło się dziecko, które nie zerknęłoby do książki, a klasa Tymka nie składa się z samych moli książkowych. Takie właśnie powinny być nagrody za naukę: intrygujące, zachęcające do zajrzenia, z okładką, która skłania do tego, by sprawdzić, co jest w środku. W końcu powinna to być lektura na wakacje, a chyba nikt nie miałby wtedy ochotę czytać słownika czy atlasu.

 

Bobbie Peers, William Wenton. Instytut szyfrów, Wydawnictwo Znak, 2017