Problemy z Babcochą

„Babcochę” poznałam dzięki Zuzance. To moja siostrzenica, która też bardzo lubi książki. Lubi się także dzielić swoimi odkryciami. Pewnego dnia specjalnie dla mnie przywiozła do Babci „Babcochę” Justyny Bednarek (Poradnia K). Byłam pewna, że to oznacza, iż sama połknęła ją od deski do deski, ale spotkała mnie niespodzianka. Zuzka powiedziała, że jakoś nie może jej skończyć, ale mnie się na pewno spodoba. I jest krótka, więc szybko przeczytam i się nie zmęczę. A, i ilustracje są fajne, i dużo ich jest. No to przeczytałam.

Justyna Bednarek, Babcocha

Mnie się podobało, nawet bardzo, ale zrozumiałam rezerwę Zuzi. Wypróbowałam „Babcochę” także na Piotrusiu: „Mamo, to dziwna książka” i „za mało tu przygód albo takie nieprawdziwe te przygody”. Magicznie przekształcona przez zjawienie się czarownicy rzeczywistość Grajdołka świetnie trafia do dorosłych, a gorzej do dzieci. Może to kwestia wieku? Może ośmio- i dziewięciolatki są już za bardzo racjonalne i  konfrontują opowieść ze swoimi doświadczeniami? Baśń i fantazję są w stanie połknąć, bo ta bajkowa rzeczywistość jest całkowicie inna niż ich życie, a realizm magiczny im skrzypi? Mnie przypominał się Marquez i Mary Poppins, a Piotrek kręcił nosem i wytykał, że po soku się nie śpi i że książka oszukuje, bo ci dorośli pewnie pili alkohol. Może młodsze dzieci łatwiej przełknęłyby tę lekturę?

U nas „Babcocha” wskoczyła na półkę z książkami dla dzieci, które bardziej podobają się dorosłym. Stoi w doborowym towarzystwie: tuż obok „Pana Kuleczki” i „Starego Noe”. Ciągle mam jednak nadzieję, że zdołamy ją razem przeczytać, bo to bardzo mądra opowieść.

Justyna Bednarek, Babcocha

Grajdołek, do którego Babcocha przybyła na gradowej chmurze, to maleńka wioska, zagubiona wśród lasów i pagórków. Grajdołek to naprawdę grajdołek, dziura zabita dechami, gdzie nigdy nic się nie dzieje, na ławce przed sklepem siedzą miejscowi i popijają, a zjawienie się kogoś nowego staje się sensacją. Szczególnie gdy nowa osoba jest czarownicą. Babcocha umie czarować, a jej czary wcale nie są takie niewinne, choć zawsze odczyniane w dobrej sprawie. Chyba najbardziej zazdroszczę jej umiejętności zamieniania się w muchę — też bym sobie chętnie polatała swobodnie tu i tam. Babcocha ma dobre oko, dużo zauważa, za to niewiele mówi. Woli działanie — czasami wystarczy niewiele. Jej obecność sprawia, że w Grajdołku zaczynają dziać się cuda, niektóre malutkie, a inne większe. Po lekturze dorosły czytelnik zostaje z poczuciem spokoju i nostalgii, gdzieś w głębi duszy odzywa się tęsknota za czasem, gdy cuda zdawały się możliwe, a życie było prostsze. Czekam na moment, gdy będę mogła ją przeczytać jeszcze raz — tym razem z Piotrkiem.

Justyna Bednarek, Babcocha, il. Daniel de Latour, Poradnia K 2018

Reklamy