Ktoś ma ochotę na burgera?

Po ostatniej lekturze głęboko się zastanawiam, czy kiedykolwiek odważę się zjeść hamburgera z budki. Całkiem serio! To bardzo dobra książka dla wszystkich, którzy chcą się odzwyczaić od śmieciowego jedzenia. Zadziała na pewno!

Wszytko zaczęło się od tego, że do pokoju wpadł zadowolony, choć mocno zakatarzony Tymek z informacją, że właśnie skończył czytać książkę (coś przecież trzeba robić, gdy siedzi się w domu i choruje), i że koniecznie (ale to koniecznie!) powinnam ją natychmiast przeczytać Piotrkowi. Bo, po pierwsze, jest fajna, po drugie, krótka (czytałem ją ze dwie godziny, wiesz, duże ma litery), po trzecie, śmieszna, a po czwarte, na pewno będzie się mu podobać. Potem wręczył mi „Szczuroburgera” Davida Walliamsa (wydawnictwo Mała Kurka) i pobiegł buszować po półkach w poszukiwaniu następnej książki dobrej na chorobę. 

Szczuroburger

Trzeba przyznać, że „Szczuroburger” napisany jest brawurowo i trudno się mojemu Starszemu dziwić, że przeczytał tę książkę jednym tchem. Historia jest śmieszna, straszna, absurdalna, groteskowa, okrutna, przejaskrawiona — dla sześciolatka może być jednak za mocna i za smutna, więc ciągle się zastanawiam, czy czytać ją Piotrkowi, trochę tak samo jak w przypadku „Matyldy” Roalda Dahla. Zresztą skojarzenia z książką Dahla nasuwają się od razu: podobnie przejaskrawione są postacie dorosłych, podobnie okrutny, ponury i smutny jest świat bohaterki. Dla mnie Walliams to spadkobierca Dahla. Obaj autorzy w podobny sposób patrzą na świat i widzą, że rzeczywistość dziecka nie jest różowa i lukrowana. O ile jednak książki Dahla to ciemne baśnie, książki Walliamsa stanowią odbicie naszego świata: są bardziej brutalne, bardziej ekshibicjonistyczne, bardziej dosłowne. Ich dosadny, bardzo rubaszny humor nie każdemu musi się podobać, ale w pewnym sensie stanowi świadectwo naszych czasów — a dzieciakom podoba się bardzo, bo trafia w potrzebę nazywania rzeczy po imieniu i potrzebę przełamywania tabu (przynajmniej takim dzieciom, które choć raz bawiły się poduszką pierdziuszką).

Zoe, bohaterka książki, mieszka w pochyłym, podupadłym wieżowcu w smętnym mieście. Jej mama zmarła, gdy dziewczynka była mała, a tato, poczciwy i dobry, kompletnie się pogubił po stracie żony, a potem także pracy. Poddał się i spędza całe dnie w barze, uciekając przed sobą, a przede wszystkim przed nową żoną, Sheilą, okrutną, grubą i paskudną pożeraczką krewetkowych prażynek. Dziewczynka ma ciężko nie tylko w domu, ale także w szkole, a w bloku jest szykanowana przez Tinę Trotts, przywódczynię miejscowego gangu dzieciaków.

„Szczuroburger” to nie jest jednak reportaż interwencyjny, to wartko napisana historia o przyjaźni z pewnym milutkim szczurkiem, o bezwzględnym Burcie (oj, to naprawdę przerażająca postać), o miłości i o potrzebie walki o swoje marzenia. Historia trochę zabawna, trochę smutna, trochę przerażająca, ale wciągająca od pierwszej strony i poruszająca wiele poważnych tematów. Można potem porozmawiać o biedzie, o wykluczeniu, o bezrobociu, o uzależnieniu i o depresji — uwierzcie, że dzieci będą miały coś do powiedzenia, a na pewno nie uciekną przed tą książką. Fajna propozycja dla wszystkich, którzy uważają, że książki są nudne i łagodne (hi, hi, to cytat z jednego z kolegów mojego dziecka). Można rozmawiać o poważnych tematach, a podstawą do rozmowy może być całkiem niepoważna książka.

Kochani rodzice, niektórym z Was na pewno ta książka nie będzie się podobać, ale się nie przejmujcie 🙂 Dzieci mogą czytać książki, które Wam się nie podobają — potem z niektórych lektur wyrosną, z innych nie, ale miłość do książek im zostanie. I przekonanie, że książki potrafią przemawiać do nich ich językiem.

 

David Walliams, Szczuroburger, Mała Kurka 2016

Reklamy