Maurycy i Ogryzek, czyli co w trawie piszczy

Miałam pisać o zupełnie innej książce. Ale nie mogę, bo Młodszy od kilku dni wieczorami ryczy ze śmiechu (przed snem), a potem słyszę błagalne: mamo, jeszcze jeden rozdział. Oznacza to, że zarywamy noce, mamy problem z porannym wstawaniem i stałam się przykładem rodzicielskiej beztroski. Wszystko przez jedną książkę, która kurzyła się na półce, bo Tymek nigdy nie chciał słuchać o Dolinie Bagiennej Trawy. Nie wiem, czy teraz żałuje, wiem jednak, że „Co w trawie piszczy” Pawła Wakuły (Wydawnictwo Literatura) wskoczyło z tupetem na listę ulubionych książek Piotrusia.

Co w trawie piszczy

Dolina leży gdzieś daleko — ludzie na szczęście zapuszczają się tutaj rzadko i raczej tylko na skraj lasu — więc stała się schronieniem różnych stworów i stworków. Mieszka tutaj wiele żabonów i ropuchów, rusałek, dziwożon, wodników, płanetników, latawic, błędnych ogników, strzyg, jest nawet jeden niedźwiedź brutalny, a oprócz nich wiele innych zwierząt — zwyczajnych, choć gadających. Najważniejsi są jednak oni: Maurycy (skrzat leśny, który bardzo nie lubi jak się na niego mówi „niebożę”, a wręcz nie cierpi, gdy nazywa się go krasnoludkiem) oraz Ogryzek, czyli sympatyczny, łakomy i czasami trochę źle wychowany szczurek.

Historia zaczęła się pewnej czerwcowej nocy, gdy mieszkańcy Doliny Bagiennej Trawy czekali na letni rój meteorów. Każdy musi wtedy wypowiedzieć swoje największe życzenie. Skrzat Maurycy marzył o maszynie do robienia błyskawic, ale trudno życzyć sobie czegoś, co nie wiadomo, jak wygląda, dlatego gdy zobaczył największą, opadającą wolno gwiazdę, która na dodatek zrobiła podwójną pętlę, zażyczył sobie, żeby wydarzyło się coś niezwykłego, a lato było inne niż wszystkie. To była prośba z rodzaju tych szybko się spełniających — gwiazda nie była gwiazdą tylko statkiem kosmicznym, w którym na ziemię przybył kosmita desperacko poszukujący brombuli, paliwa do swojego kosmolotu. Chyba właśnie w tym miejscu Piotruś wybuchnął śmiechem po raz pierwszy.

[…] zielony ludzik przestał machać łapkami i zanurkował we wnętrzu pojazdu. Przez chwilę dobiegały stamtąd odgłosy przerzucania jakichś szpargałów i poirytowane piski, po czym gość znowu pojawił się w drzwiach. Tym razem miał zawieszony na szyi malutki, srebrzysty aparacik z trąbką. — Witam was, ziemianie! — odezwał się metaliczny głos z aparaciku. — Życzę wam spokojnego purdlenia i długich lat owocnej grzymutli!

Po wysłuchaniu całej rozmowy z ufoludkiem mój synek prawie tarzał się ze śmiechu. Zdradzę Wam, że Maurycemu i Ogryzkowi udało się znaleźć brombulę, co oznaczało ogromną zmianę w ich życiu. Zyskali sławę i założyli leśną agencję detektywistyczną. 

Co w trawie piszczy

Przez całe lato zajmowali się rozwiązywaniem spraw trudnych i skomplikowanych. Przez ich biuro (wyposażone zgodnie z zaleceniami miesięcznika „Zbrodnia i Kara”) przewinęło się mnóstwo mniej lub bardziej niezwykłych stworzeń: od wilkołaka Alfreda i niedźwiedzia Leona, bo boboka Grozę. Bobok zresztą należy do ulubionych bohaterów Piotrusia, który przez jakiś czas zamęczał wszystkich pytaniami: a chcielibyście iść na film „Powrót Wielkiej Krwiożerczej Zmutowanej Łasicy skrzyżowanej z Krwiożerczym Nietoperzem”? Jeśli chcecie się dowiedzieć dlaczego, koniecznie musicie przeczytać książkę 🙂

Co w trawie piszczy

Paweł Wakuła stworzył sympatycznych, bezpretensjonalnych bohaterów. Maurycy i Ogryzek to dobrzy przyjaciele, którzy czasami mają siebie dość, czasami palną gafę, ale zwykle świetnie się dogadują. To jedna z fajniejszych par detektywów, którzy po swojemu, wnikliwie, choć czasami przy dużej dozie szczęścia, rozwiązuje najbardziej skomplikowane przypadki. Na pewno nie brakuje im odwagi, chcą pomagać swoim klientom i do każdej sprawy podchodzą bardzo poważnie.

Tekst jest dobrze napisany i spójny — sporo w nim odniesień do naszej rzeczywistości, trochę tropów zrozumiałych dla starszego czytelnika. Rodzic na pewno nie będzie się nudził i męczył, a sądzę, że humor tych opowieści przemówi do każdego. Oprócz przygód, czasami groźnych i zaskakujących, można tutaj znaleźć i tematy do rozmyślania, choć podane w leciutkiej formie:

Pani wybaczy… — wtrącił Maurycy — ale czy to praktyczne mieć dachówki z piernika? Albo rynny z marcepanu? To już nawet nie chodzi o to, że każdy chce taki domek zjeść, ale przecież to nie przetrzyma pierwszego deszczu — rozpuści się!

Jasne, że się rozpuści — zgodziła się Baba Jaga. — A wtedy upiekę nowy. Moja babka tak robiła, moja matka tak robiła, więc ja też muszę. Rozumiesz — tradycja.

Bardzo nam się podobają także ilustracje, które wykonał autor tekstu. Są takie, jakie powinny być: nieprzesadzone, kolorowe, proste. Na szczęście to nie jest konwencja „ślicznych” obrazków. Piotruś bardzo wnikliwie studiuje ilustracje, sprawdzając, czy stworzonka wyglądają tak samo, jak je sobie wyobraził. 

Teraz czekają mnie zakupy, bo gdy synek dowiedział się, że Paweł Wakuła napisał jeszcze kilka książek o Dolinie Bagiennej Trawy, zaczął wrzeszczeć z radości i turlać się po podłodze. Nie pozostaje mi więc chyba nic innego, jak kupić kolejne, i cieszyć się lekturą razem z synkiem. Wydawnictwo poleca tę książkę dzieciom od siódmego roku życia, ale jak widać sześciolatek też dał radę 🙂

Paweł Wakuła, Co w trawie piszczy, Wydawnictwo Literatura 2009

Reklamy