Marzy mi się… — o Leśmianie raz jeszcze

Marzy mi się piękne wydanie „Klechd sezamowych” Bolesława Leśmiana. Z cudownymi ilustracjami, które pozwoliłyby poczuć klimat i zapach mitycznej Arabii, które wciągałyby w głąb siebie, tak samo mocno jak tekst Leśmiana. Już kiedyś zachwycałam się „Baśnią o rumaku zaklętym” z magicznymi rysunkami Józefa Wilkonia, a teraz marzy mi się cały zbiór. Ech, jak miło by było czytać taką książkę z chłopcami.

W dzieciństwie „Klechdy sezamowe” były jedną z moich ulubionych lektur. Na półce stało wydanie z ilustracjami Jana Lenicy — nie za bardzo mi się podobały.

Klechdy sezamowe

Z Synkami zaczęłam je czytać ostrożnie, bo to trochę straszne baśnie. Nie są uładzone, pojawia się w nich zło i okrucieństwo, przerażają i ludzkim działaniem, i atmosferą, która czasami jest gęsta, horrorowata — tak jak podczas wędrówki na Górę-Cmentarnicę w baśni o Parysadzie. Zaczyna się łagodnie, a potem jest coraz straszniej i mroczniej.

Nieustraszony Bachman wstąpił na ścieżkę-złotobrzeżkę i tą ścieżką jął się wspinać pod górę. Wspinał się i wspinał, szedł i szedł coraz wyżej, coraz chyżej, aż wreszcie ścieżka- -złotobrzeżka rozszerzyła się w drogę obszerną, w drogę przestronną. Mrok nocny już zapadł. Cicho było i bezludnie na drodze obszernej, na drodze przestronnej. Ani żywego ducha, ani wietrzyka w przelocie! Nawet komar, nawet mucha nie zabrzękły w tej martwocie! Martwo i pusto i straszno i bezludnie. Pomimo mroku nocnego dojrzał Bachman po obu stronach drogi nieruchome posągi  — kamienne dziwolągi. Byli to rycerze żywi, w martwy kamień zaklęci. Chcieli dotrzeć do szczytu Góry-Cmentarnicy, aby zdobyć trzy dziwy, trzy cuda — lecz nie dotarli: za siebie się obejrzeli — i w posągi skamienieli. […] Szedł dalej śmiało i odważnie. Dotąd nie słyszał żadnych głosów i nie spotkał żadnych strachów. Aż tu nagle poczuł, że się coś za nim porusza… O mało się nie obejrzał za siebie, lecz natychmiast przypomniał sobie radę derwisza, więc uśmiechnął się i szedł dalej. Coś się znów za nim poruszyło i zbliżyło się z tyłu do jego stóp… Zdawało się Bachmanowi, że ktoś niewidzialny schwyci go nagle za stopy… Szedł jednak dalej, nie oglądając się za siebie. W tej chwili posłyszał za sobą Szept i Wrzask.

Ech, pan Leśmian. Jego baśnie lśnią i migocą. Oplątują melodią języka, wciągają w głąb, czarują. Żadna baśń o żywej wodzie i zaczarowanej górze nie pochłonęła nas tak mocno, jak „Baśń o pięknej Parysadzie i ptaku Bulbulezarze”. Dla mnie to wzorzec baśni.

Daleko, daleko, za górą, za rzeką, za zielonym borem, za modrym jeziorem, w pobliżu rozstaju, w sąsiedztwie ruczaju stał niegdyś pałac, a obok pałacu — ogród, a obok ogrodu — droga, która prowadziła nie wiadomo skąd i nie wiadomo dokąd. W tym pałacu mieszkało dwóch braci: Bachman i Perwic, wraz z siostrą Parysadą. Parysada była tak piękna, że sama zawsze dziwiła się swojej urodzie. Oczy miała pełne zdziwienia, a usta pełne śmiechu. Śmiała się nieustannie. Nigdy łza nie zabłysła w jej oczach. Nie umiała płakać.

Za każdym razem, gdy czytam opowieść o Parysadzie, zadziwia mnie bogactwo polskiego języka. Jak pięknie, jak różnorodnie, jak migotliwie można po polsku opowiadać, jak cudownie może się opowieść mienić i snuć. Chyba nikt oprócz Leśmiana nie opanował żonglerki słowami w takim stopniu:

Parysada wróciła do pałacu. Żądza posiadania trzech dziwów tak ją opętała i tak niecierpliwiła, że nie mogła sobie dać rady. Biegała po pokoju z kąta w kąt, tam i z powrotem. Zmęczona bieganiem, siadła na krześle. Znużona siedzeniem na krześle, podbiegła do okna i siadła na oknie. Zniecierpliwiona siedzeniem na oknie, podbiegła do stołu i siadła na stole. Właśnie w tej chwili dwaj bracia Parysady wrócili z polowania. Obydwaj zdziwieni spojrzeli na Parysadę. — Siostro moja kochana! — zawołał Bachman. — Co ci się stało, że siedzisz na stole? O ile pamiętam, nigdy dotąd na stole nie siadywałaś. — Siedzę na stole, żeby nie siedzieć na oknie — odparła Parysada. — A któż ci kazał siedzieć na oknie? — spytał Perwic. — Siedziałam na oknie, żeby nie siedzieć na krześle — odrzekła Parysada. — Czemuż nie chciałaś siedzieć na krześle? — rzekł zdziwiony Bachman. — Nie tylko na krześle, ale na żadnym miejscu usiedzieć nie mogę! Nudzę się i nudzę. Niecierpliwię się i niecierpliwie. Smucę się i smucę! Gdybym umiała płakać, tak bym się głośno rozpłakała, że musielibyście uszy zatykać i z pałacu co tchu zmykać! Jestem nieszczęśliwa, nieszczęśliwa, nieszczęśliwa!

Czytamy tę baśń często, najczęściej na życzenie Piotrusia. Gdy ma dosyć różnych opowieści i historii, pyta, czy przeczytam mu bajkę, taką którą lubi najbardziej. Tych najbardziej ulubionych jest kilka, może kilkanaście, ale prawie zawsze pojawia się wśród nich baśń o Parysadzie, o „Rybaku i Geniuszu” i o „Ali-Babie i czterdziestu rozbójnikach” — właśnie w wersji z „Klechd sezamowych”.

Bałam się opowieści o Ali-Babie ze względu na jej okrucieństwo, czytałam ją chłopakom powoli i stopniowo. Och, jak rozbawiła ich Leśmianowska wizja rozbójników:

Tętent koński wciąż się zbliżał. Ziemia drżała i grzmiała od tego tętentu, a echo niosło go po lesie. Wreszcie z gęstwiny leśnej wynurzyła się jedna morda końska, za nią druga i trzecia… Po chwili kilkudziesięciu jeźdźców wpadło na polanę. Wszyscy byli brodaci i wąsaci. Wszyscy byli zbrojni w miecze, siekiery i łuki. Wszyscy, pochyleni na koniach, strasznie i groźnie mruczeli pod wąsami: — Jest nas czterdziestu… jest nas czterdziestu… jest nas czterdziestu! Ten zaś, co jechał na przedzie, jeszcze straszniej i jeszcze groźniej pomrukiwał: — Jam jest kapitan zbójów… jam jest kapitan zbójów… jam jest kapitan zbójów!…

Mamo, a po co oni tak mówili? I jak tu odpowiedzieć, że po to, by opowieść grzmiała i tętniła. Że właśnie po to, by język zagrał, by przed oczami pojawiły się brodate i wąsate twarze, a w uszach zabrzmiał dźwięk kopyt i zbójeckie pomrukiwanie?  A może nie warto niczego wyjaśniać tylko czytać dalej i stanąć w olśnieniu razem z Ali-Babą?

Co za cuda, co za dziwy ujrzał Ali-Baba we wnętrzu zaklętej jaskini! Ujrzał kufry, napełnione dukatami; ujrzał całe stosy kamieni drogocennych; ujrzał drzewa koralowe i olbrzymie pnie zielonego malachitu. Ale to wszystko żyło i poruszało się nieustannie. Brylanty same przesypywały się z brzękiem i szmerem z jednej szkatuły do drugiej. Turkusy, niby krówki boże, zręcznie i zwinnie wpełzały na drzewa koralowe i sfruwały potem z gałązki na gałązkę. Rubiny razem z topazami kręciły się i wirowały po ziemi w jakimś dziwnym rubinowo-topazowym tańcu. Dukaty, dzwoniąc w kufrach, bawiły się nawzajem w orła i reszkę: same podrzucały się w górę i same spadały do swoich kufrów, ukazując orła albo reszkę. Olbrzymie zaś pnie zielonego malachitu mówiły do siebie basem: — Jaka szkoda, że i my nie możemy się bawić w orła i reszkę albo wirować po ziemi w tańcu rubinowo-topazowym, albo na kształt turkusów wpełzać na drzewa koralowe, albo wreszcie przesypywać się z brzękiem i szmerem ze szkatuły do szkatuły, jak brylanty! Możemy za to wywrócić się i toczyć po ziemi, niby beczki. I pnie malachitowe, wywróciwszy się z trudem, potoczyły się natychmiast po ziemi, niby beczki.

„Klechdy sezamowe” to dla mnie klasyka, którą po prostu trzeba znać. Nie ma ładnego wydania, ale baśnie są dostępne w wersji elektronicznej. Można je za darmo pobrać stąd i dać się wciągnąć w czarodziejski świat. Nie warto czekać z ich lekturą zbyt długo, ale najpierw trzeba samemu je przeczytać. Każdy rodzic najlepiej będzie wiedział, czy jego dziecko wytrzyma tak długą opowieść i czy nie przerażą go strachy i duchy. Zbyt wczesna lektura może do Leśmiana zrazić, a to byłaby niepowetowana strata.

Bolesław Leśmian, Klechdy sezamowe, wolnelektury.pl

Reklamy