Ja chcę mieć rodzeństwo

Przyznaję, że ciąża była dla mnie zaskoczeniem, ale bardzo się cieszę, że będę mieć drugie dziecko. A Tymek rozpromienił się cały na tę wiadomość i nie może się doczekać. Ogląda mnie z każdej strony, zastanawia się, czy przez pępek dałoby się braciszkowi dostarczyć jakieś zabawki, bo pewnie mu nudno, wymyślił imię (mamo, to będzie Piotruś, tak jak w Narnii) i nie dopuszcza dyskusji, że może rodzice też mają coś do powiedzenia na ten temat :-). Na początku bacznie mi się przyglądał, a ja nie wiedziałam, o co chodzi. Okazało się, że mój sprytny synek szukał rurki, którą to dziecko jest ze mną połączone. Miał nadzieję, że będzie ją widać: może wyjdzie mi nosem, może uchem, może przez pępek albo jakąś inną drogą. Był bardzo rozczarowany, gdy dowiedział się, że rurki nie zobaczy.

A przy okazji nowego dziecka nie możemy nie czytać książek o dzieciach i rodzeństwie. Nie obyło się też bez pytań: skąd się biorą dzieci? I jak to będzie, gdy to dziecko w końcu się urodzi. Tymek co prawda twierdzi, że małe dzieci są nudne i są psujami, ale jakoś nie przenosi tej wiedzy na brata: on, Tymek, nauczy go przecież od razu chodzić i mówić, i kupi mu za pieniądze ze skarbonki gormita, żeby nie musiał zabierać Tymkowych. I tutaj na pomoc przyszła Astrid Lindgren i jej przezabawna i mądra książka „Ja też chcę mieć rodzeństwo”, wydana przez Zakamarki.

  

Znamy ją już od dawna, ale teraz jej lektura nabrała nowego sensu. Peter, bohater książki, chce mieć rodzeństwo, bo ma je kolega z podwórka – można wtedy pchać wózek i wszyscy zazdroszczą 🙂 Rodzi się Lena i niestety nie wszystko wygląda pięknie i cukierkowo: są wrzaski i zabiegana, zmęczona mama. Peter jest wściekły, zastanawia się, czy nie dałoby się zamienić siostry na trzykołowy rowerek albo przynajmniej wystawić jej za okno, żeby nie słyszeć ciągłych krzyków. Ta książka nie ukrywa emocji starszego dziecka, które czuje się odrzucone i niekochane. I pokazuje, jak ważna jest umiejętność zauważenia jego frustracji, wciągnięcia go do opieki nad młodszym dzieckiem, podkreślenia jego wagi.
Kiedyś Tymek, słuchając tej książki, śmiał się w głos. Wydaje mi się, że teraz słucha jej bardziej uważnie i refleksyjnie. Zastanawia się, czy Piotruś (nazwa ciągle robocza ;-)) będzie się go słuchał, czy będzie zabierał mu zabawki i wrzeszczał. Mam nadzieję, że lektura książki Astrid Lindgren pozwoli nam przekonać Tymka, że rzeczywistość nie musi być tak wspaniała, jak on sobie wyobraża. I że utrwali w nim przekonanie, iż rodzice kochają swoje starsze dzieci, mimo iż te młodsze wymagają większej uwagi.

Nie obyło się też bez pytań: skąd się biorą dzieci… 🙂 Nie chcieliśmy sprzedawać Tymkowi bajeczki o bocianach, zającach i kapustach, ale nie chcieliśmy też mówić za dużo i skupiać się na fizjologii. Tymek wie, że do powstania dziecka potrzebna jest kobieta i mężczyzna (mama i tata). A jeśli chodzi o fizjologię… No właśnie, na razie oglądamy książkę „Poznajemy nasze ciało” z serii „Dlaczego? Kiedy? Jak?” (Firma Księgarska Jacek Olesiejuk).

  

Pokazano w niej różnice między dziewczynką i chłopcem, krótko opowiedziano o ciąży… Tymek otwiera okienka i spogląda na dziecko w brzuchu książkowej mamusi: Piotruś jest już taki duży? A gdy go czujesz, to bardziej jest to cios pięścią czy karate? Jak myślisz? No i co odpowiedzieć? 🙂 Włożył sobie poduszkę pod bluzkę i pochodził z pięć minut, ale szybko stwierdził, że to bardzo niewygodne, choć może to być sposób na ochronę przez ciosami mieczem. Musiałam mu szybko wytłumaczyć, że mój brzuch trochę się różni od poduszki i niekoniecznie lubię, gdy tłucze się w niego mieczem, nawet plastikowym.

Przyjaciele pożyczyli nam książkę Babette Cole „Mama zniosła jajko” (Nasza Księgarnia). Przyznaję, że jest zabawna i interesująca, ale…

  

Hmm, jakby to powiedzieć. Nie wiem, czy to jest książka dla czterolatka. Jak na razie obejrzeliśmy ją tylko raz. Tymek z dużą radością wysłuchał fragmentów, w których rodzice-hipisi tłumaczą swoim dzieciom, skąd się biorą dzieci. Gdy usłyszał, że „chłopaków robi się ze skorupek ślimaków. Z błotka, kokonów i psich ogonów” zaczął się śmiać w głos. Oglądał obrazki i wykrzykiwał: mamo, to przecież nie tak, dzieci nie rodzą się w kwiatach ani nie przynoszą ich dinozaury, prawda? Obejrzał sobie inne ilustracje i nie zadawał pytań. A ja odłożyłam książkę na półkę. Szczerze mówiąc, stchórzyłam. Przestraszyłam się… Chyba właśnie fizjologii i tego, co sobie dośpiewa mój synek. A potrafi być dociekliwy, oj potrafi 🙂 Byłam w stanie wyobrazić sobie całą serię pytań, na które ciężko by mi było odpowiedzieć. Książka Cole i jej zabawne ilustracje bardzo mi się jednak podobają, więc może się odważę i jeszcze do niej wrócimy.

PS. Może mój opór bierze się z moich własnych doświadczeń? Byłam dzieckiem, które wiedziało, skąd się biorą dzieci. Naprawdę wiedziało, bo w domu była masa książek. A jednak, gdy urodził się mój najmłodszy (młodszy ode mnie o 13 lat) brat, przeżyłam szok. Bo uświadomiłam sobie, że moi rodzice muszą uprawiać seks! No wiedziałam, że ludzie to robią. Jacyś inni ludzie – ale moi rodzice, no nie, to niemożliwe… Przecież są za starzy 😉 I po prostu nie wiem, czy chcę, by moje czteroletnie dziecko już teraz wiedziało, jak to się technicznie odbywa. Może mu wystarczy wiedza, że potrzebna jest mama i potrzebny jest tata, i muszą się bardzo kochać i przytulać? Ech…

Reklamy